26.09.2022

OD Rohana CD Morgany

   Ciemność tego pomieszczenia zdawała się być wybawieniem, idealnym odcięciem od tego cholernego gorąca i słońca. Upierdliwość tego miejsca z czasem na pewno przyniesie mu migrenę, nigdy już nie zgodzi się na jakiekolwiek przeniesienia. Zbyt łatwo dał się swojej zażartej szefowej, oraz walecznej i cwanej córce. Baby, wszędzie w Ortum one go otaczały. W pracy, sklepie, barach, tym bardziej we własnym domu. Długo zajęło mu stworzenie kolejnego, jakże tajemniczego azylu, aby ukrywać i zbierać swe tajemnice. Oraz aby najzwyczajniej po prostu żyć, z dala od upierdliwych spojrzeń ludzi. Nyxys w Dystrykcie Dolnym dawało mu dużo możliwości, więcej, niż mógł tego oczekiwać. Nowe znajomości, tajemnicze i krwawe sprawy do rozwiązania, rozkręcenie drugiego lokum z biznesem. Znał się na swym fachu, jak i broni, jaką zdobywał zażarcie i przedstawiał tylko najbardziej kwalifikowanym nabywcą. Dbał o swoje zasięgi, jednak gdyby nie jego prawa ręka tutaj, szybko wrzuciłby swe pragnienia na kibla i spuścił w odmęty kanalizacji tego miasta.
   W tych wszystkich rozmyślaniach i pieszczeniu podniebienia mocną kawą z mocnym dodatkiem, czekał z końcówką cierpliwości na tą jedyną kobietę. Która była na tyle rozważna i “normalna”, aby z nim współpracować w tak delikatnych sprawach. Ludzie i istoty nadprzyrodzone, do których zaliczał się, niewiele się różnili, jeśli chodziło o powierzchnię zwyczajnego życia. Ona potrzebowała pieniędzy, by zapewnić dzieciom godną przyszłość, zaś on nie mógł rzucać się w oczy innym. Potrzebował tej życiodajnej posoki, by dwa razy na miesiąc, zapełnić swoje zapotrzebowanie. Ugh! Ale nienawidził czekać, nie miał do tego cierpliwości. Nadal ludzie w nowym dla niego komisariacie, zastanawiali się, jak ten cudak przechodził testy zrównoważenia psychicznego? No jak do ciula?! Niejednokrotnie w ciągu pięciu lat słyszał o zakładach, jakie czyniły się za jego plecami. Kwoty go wręcz śmieszyły, krawężniki i ich głupie wręcz pomysły. Chwycił za pilota, aby podkręcić bardziej klimatyzację, chciał mieć tutaj zimno, jak w jaskini. Ciężkie buciory już od godziny stukały rytm na blacie nie jego biurka. Dziesięć minut bezpieczeństwa już dawno zadawały się przeminąć, czas jeszcze bardziej zdenerwować przełożoną pielęgniarek. Tak łatwo załatwił jej zasłużony awans, dbał o swoich pseudo przyjaciół. Tak przynajmniej nazywała to jego przybrana córka, choć sam nie wiedział szczerze, czy takowych w ogóle posiadał. A jeśli już miał, to odwiedzał ich na przeróżnych cmentarzach, bądź miejscach ich upamiętnienia. Ponad trzysta lat życia przeminęło, jak z bicza strzelił w byczy zad. Jednak on nadal pamiętał, chcąc, aby on sam po śmierci, jeśli ta nadejdzie, został pominięty z umysłu innych…
- Nawet się nie waż, Galliard! - zmrużył oczy z uśmiechem, zatrzymując płomień zapalniczki tuż przy papierosie. Ojć, jak zawsze na czas. Doskonałe wyczucie, jednak nadal czekał na dalszy rozwój wydarzeń. Ta mała kobietka, nadal go zadziwiała. W pozytywnym znaczeniu tego słowa, oczywiście. - Tutaj jest czujnik dymu, chcesz doprowadzić do ewakuacji szpitala, gamoniu?!
- Pan Galliard nie lubi czekać, a zawsze ten ostateczny ruch cię przywołuje. - zatrzasnął pokrywę srebrnej zapalniczki, odcinając tlen płomieniowi. Eh, a miał taką ochotę na te kilka trujących wdechów inhalacji. Cóż… Dokończy dzieło, jak tylko opuści to sterylne miejsce.
- Zabieraj buciory z mojego biurka, trucicielu duszy!
- Rety… Naprawdę nie musisz tak krzyczeć, chyba… Nie chcesz, aby ludzie coś dwuznacznego pomyśleli, hm?

22.09.2022

OD Rhiannon CD Sariela

   Zastanawiała się dziewczynka, otulona zestarzałą pierzyną na twardym, skrzypiącym łóżku. Nie mogła zasnąć, więc wpatrywała się w zamieć za oknem. Płatki śniegu wydawały się niezmiernie szybkie, niewzruszone tym jak ciężkie wydają się we własnym pędzie. Mieszkańcy tej wioski w tak okrutną pogodę kładą się przy kominkach, okrywając się każdym ciepłym materiałem jaki znajdą w mieszkaniu. Tymczasem... Rhiannon nie odczuwała ani krzty tego kłującego w skórę chłodu. Leżała, ubrana w przydługą koszulę na ramiączkach, a kołdrą okrywała się tylko, by poczuć jak to jest być człowiekiem w pełni wrażliwym. Takim jak pan Gillbert Newton – mężczyzna po sześćdziesiątce, któremu zawdzięcza ten dom obity strzechą. Chociaż wie, z czym wiąże się towarzystwo białogłowej, przyjął ją pod swój dach, w zamian za pomoc domową i gospodarczą.
   Rozległ się ochrypły, mokry kaszel z dolnego piętra, a między pokasływaniem usłyszała swoje imię.
Natychmiast wstała z łóżka, schodząc po skrzypiącej drabinie. Osiwiały starzec siedział na łóżku z głową wbitą w podłogę.
- Co się stało? - spytała cichym głosem.
- Zagrzej mi mleko i dodaj dwie łyżki miodu. - wydał polecenie, pokasłując.
Dziewczynka skinęła głową, udając się do kuchni, znajdującej się tak naprawdę tuż obok łóżka pana
Newtona.
- Zimno mi, jak na ciebie patrzę. - powiedział nagle pretensjonalnym tonem.
Nic nie odpowiedziała. Nie wiedziała, co mogłaby odpowiedzieć. To był jej najczęstszy środek
komunikacyjny – brak odpowiedzi. Rzadko kiedy wiedziała, jak pociągnąć rozmowę, znała się tylko na
grzecznym słuchaniu poleceń i kiwaniu głową. Przyniosła mu gorące mleko z miodem w porcelanowym, nadłamanym kubku. Przyglądała się mu jak żłopał powoli zawartość, ogrzewając swoje skostniałe, wyschłe na wiór ciało. Jego oczy finalnie spoczęły na dziecku, które zadrżało pod wpływem zmęczonego westchnięcia staruszka.
- Nie patrz tak na mnie. - zachrypiał. - Więcej w tobie zwierzęcia niż czegokolwiek ludzkiego... - splunął pod jej bose stopy.
Dziewczynka odsunęła się gwałtownie w tył, wydając z siebie krótkie jękniecie. Ten niespodziewany ruch potrącił stojącą przy ścianie wazę, powodując głośny, nieprzyjemny dla ucha szczęk. Newton warknął w reakcji na zbite naczynie. Nie miało ono żadnej szczególnej wartości dla gospodarza,
jednakże wewnętrznie uderzyło go to bardziej niż powinno z powodu przeklętego dziecka.
- Ty głupia dziewucho! - wstał, łapiąc za laskę leżącą obok łóżka. - Mało przynosisz kłopotów?!
Cisnął laską przed siebie, siadając na łóżku przez utratę równowagi. Przedmiot uderzył w Rihannon,
która od razu wybiegła z domu, przewracając się na śnieg. Przez zamieć ciężko była w stanie cokolwiek
dojrzeć, zwłaszcza kiedy silny wiatr porywał jej włosy zasłaniając widok.
   Bała się, chociaż przywykła do wybuchów wściekłości. Bała się bólu, towarzyszącego jej od poczęcia. Bólu potęgowanego przez osoby trzecie, wydające się dla niej bliskie. Pragnęła zobaczyć w mężczyźnie rodzinę, lecz przywiązanie tak bardzo boli kiedy jest się odrzutkiem...
Resztę nocy spędziła w stodole w towarzystwie śniętych krów i zmokłego siana.

   Podeszła do kamiennego, nadpękniętego nagrobka.
„Gillbert Newton
Spoczywaj w pokoju +”
   Przychodziła tu co jakiś czas, chociaż porzucił ją trzy lata przed własnym zgonem. Dokonał żywota na jej rękach, po zagryzieniu przez psy ludzi, u których nie spłacił zaległego długu. Miała wtedy osiemnaście lat, widok uchodzącego życia pozostał w jej pamięci do dziś.
   Położyła na nagrobku gałązkę z jarzębiną. W Kitan bardzo ciężko o znalezienie odpowiedniego kwiatu ozdobnego, ze względu na podłoża wypełnione śniegiem, momentami nawet do kolan. Dlatego, oznaką szacunku i pamięci, była dla Rhiannon jarzębina, której owoce kwitły zawsze piękne i czerwone.
- Tańcz z aniołkami... - szepnęła, cytując książkę dla dzieci, którą czytała w sierocińcu.
Ten fragment szczególnie utknął jej w pamięci. Mała Mellie, żegnała się tymi słowami ze swoim
przyjacielem, którego uniosły w górę urokliwe oblicza latających dzieciąt. Ta niewinna książka niosła za sobą swoistą metaforę śmierci, którą udało się jej pojąć dopiero po czasie. Po czasie obcowania z tym okrutnym żywiołem losu.
   Usłyszała za sobą skrzypiące kroki liczby mnogiej, na co powoli odwróciła się, by dojrzeć kto się zbliża. Zatrzymała się przed nią garstka mężczyzn, o niejasnych intencjach. Ubrani byli zbyt nowocześnie, by zamieszkiwać, którykolwiek zakamarek Kitan. Nigdy wcześniej ich nie widziała... Jeden z nich skinął głową do drugiego, po czym ten wyciągnął zza pleców czarny przedmiot.
Huh?
   W ułamku sekundy w ramię Rhiannon uderzyło tajemnicze, silnie rozpędzone ciało obce. Obraz zaczął jej się rozmazywać przed oczami. Nogi stawały się coraz mniej dawać jej oparcie. Nie minęła chwila, kiedy uderzyła w zimne podłoże, tracąc przytomność.
   Obudziła się w wielkim, ciemnym pomieszczeniu w pozycji leżącej z obandażowany ramieniem. Był
tylko jeden defekt... Nie mogła się ruszać. Podpięta była dziwnymi pasami z góry do dołu, tak ciasno, że momentami ciężko było wziąć głębszy oddech. Zaczęła badać otoczenie wystraszonym wzrokiem,
dojrzała ludzi zgromadzonych obok. Każdy zajęty był tajemniczą czynnością, która pozostawiała
dziewczynie wiele pytań.
- Obudziła się. - odparł spokojny męski głos.
W tym samym momencie drzwi tajemniczego pomieszczenia otworzyły się, by jasnowłosy mężczyzna
mógł zrobić wejście.

<Sariel?>

764 słów = 153 pkt

20.09.2022

OD Vivienne CD Axtona

   Radość wyrwała mnie z toku złych myśli i stresu, który panował nade mną od kilku dni. Nie usłyszałam praktycznie niczego, co mówił do mnie mój pracodawca. Oczywiście oprócz tego, że o ósmej mam być w jego biurze wraz z kawą. Z toku radości wyrwało mnie nagłe pytanie:
- Mówiła pani, że się kojarzymy. Mogę wiedzieć skąd?
Odchrząknęłam i wstałam z fotela, aby również poobserwować przez okno okolice. 
- Studiowaliśmy na tej samej uczelni. Mieliśmy identyczny plan zajęć, ale ja często uciekałam pomiędzy wykładami z budynku i wypalałam strasznie dużo papierosów ze stresu. Odzwyczaiłam się od tego niedawno. Chociaż było blisko i zamieniłabym to na inne używki. Można delikatnie powiedzieć, że mnie pan tą pracą ratuje. Wiem, że to dopiero ,,okres próbny’’, ale obiecuję, że dam z siebie wszystko. - uśmiechnęłam się i po jeszcze chwilowej wymianie zdań wyszłam z budynku. Uznałam, że nic mi już tego dnia nie zniszczy. Oczywiście się myliłam. Opona w moim samochodzie była zupełnie przebita. Wyciąganie wszystkiego z bagażnika, aby dostać się do zapasówki zajęło mi około dwudziestu minut. Spódniczka, którą miałam w planach opłukać i założyć następnego dnia wyglądała teraz jak wysmarowana smołą. Kilka śrub nie chciało puścić, jednak po jakimś czasie udało mi się odkręcić wszystkie. Lewarek dawał z siebie wszystko, żeby przytrzymać samochód, ale wydawało mi się, że zaraz złamie się w pół. Już miałam dokręcać ostatnią śrubę, kiedy nagle gwint się wyłamał i z hukiem uderzyłam dłońmi o ziemię. Nie dość, że całe ręce miałam w czarnym smarze to jeszcze we krwi. Nie miałam już na nic siły. Oparłam się o samochód i myślałam tylko o tym, że leżę w łóżku i jest mi miło. Z moich myśli wyrwał mnie Axton, który patrzył się z szeroko otwartymi oczami na mój żałosny wygląd.
- Przepraszam, już zadzwonię po pomoc drogową i się stąd zabieram. - chwyciłam za telefon i już miałam wybierać numer, ale mój pracodawca pokręcił głową. 
- Próbowałaś zmienić koło widzę… Najwidoczniej masz więcej siły niż potrzeba, bo gwint wygląda okropnie. - zaśmiał się i wrzucił klucz wraz ze śrubami do bagażnika.
- Ale! Chwila! Ja muszę dzwonić po mechanika… Albo… albo naprawić… - ręce mi opadły, kiedy zabrał mi kluczyki i zamknął samochód. Lekko pchnął mnie w stronę swojego samochodu. Miałam ochotę się rozpłakać. Niezbyt myśląc chwyciłam za mój płaszcz i położyłam go na siedzenie, aby broń Boże niczego nie pobrudzić. Samochód wyglądał świetnie. Bardzo dużo miejsca, a do tego na pewno bardziej użytkowy od mojego. 
- Ja naprawdę dałabym sobie radę, przysięgam. Mogłam po prostu zadzwonić po lawetę pod dom i wymieniłabym pewnie całą oś. - siedziałam speszona.
- Z twoją siłą to raczej byś tą oś połamała. - parsknął śmiechem. Nieco się uśmiechnęłam - Gdzie cię odwieźć?
- Dwie ulice dalej jest taki wieżowiec. Nie wygląda za dobrze. Wyblakły kolory ze ścian. - opuściłam głowę - Ja też wyblakłam już zupełnie… - powiedziałam cicho pod nosem. Raczej tego nie słyszał. A chociaż mam taką nadzieję. Tak bardzo chciałam się pokazać od jak najlepszej strony. Niestety w tym przypadku się nie da. Ciąży na mnie jakaś obrzydliwa klątwa, albo to najzwyklejszy pech. Mężczyzna odwiózł mnie pod samą klatkę. Uśmiechnęłam się szeroko, serdecznie podziękowałam i wbiegłam do bloku. Cieszyłam się z tego, że za parę sekund będę już stała pod gorącym prysznicem. Loona przywitała mnie radosnym mruczeniem, gdy tylko przekroczyłam próg mieszkania. Jako czysta dama nie próbowała mnie dotykać, bowiem cała byłam pokryta brudem. Ledwo patrząc pod nogi zdjęłam z siebie każdy skrawek ubrań i wbiegłam pod gorący strumień. Spędziłam w nim dosyć dużo czasu, bowiem nawet włosy lepiły mi się w smarze. Cały czas jednak myślałam o twarzy Axtona. Chociaż bardziej o tym jak jego oczy potrafią przeniknąć każdy zakamarek ciała. Otuliłam się rękami i z lekko podniesionym kącikiem ust założyłam szlafrok, a na głowie zrobiłam coś w stylu ,,ręcznikowego turbanu’’. Stojąc bezczynnie przy czajniku wpatrywałam się w piekarnik, którego użyłam może raz w życiu. 
- Hmm… A może by tak chociaż raz zrobić dobry uczynek? - tak też uczyniłam. Z ciastem dla szefa męczyłam się do drugiej w nocy, ale efekt był fantastyczny. Po obudzeniu się zawinęłam wszystko do twardego, bezpiecznego pudełka i komunikacją miejską ruszyłam do pracy. Ubrana w czarną sukienkę z białą marynarką i szpilkami. Czułam, że może przesadziłam z tym, jak krótki ubiór to był, ale jako, że mam siedzieć w biurze, to uznałam to za dobry strój.

<Szefie?>

707 słów = 141 pkt

OD Thylane CD Corala

    Życie w ostatnim czasie przytłaczało mnie, jak jeszcze nigdy dotąd. Wszystko działo się nagle, nieoczekiwanie, uderzało niczym grom z nieba. Niekiedy się zastanawiałam, po co mi było takie życie? Z biegiem czasu wyrobiłam sobie solidną rutynę, jednak jedno z drugim miało mało wspólnego ze sobą. Bycie lekarzem, a tą tajemniczą wersją głowy rządzącej z cienia gangiem, który był swoistą legendą nawet poza granicami Varasel. Sialiśmy prawość i zapewniliśmy spokój pośród zwyczajnej społeczności, jednak niebezpiecznie było być kobietą. Tym bardziej zdradzić się na tyle, by być odnalezionym w miejscu, gdzie rzeczywiście niosłam ratunek dla zdrowia. Ba, często nawet życia, choć krążyły plotki, że nie szanowałam siły pieniądza. Na co komu te ogromne bogactwa, gdy w ciemności zaułków niektórzy nie mieli tyle dóbr materialnych, co na kontach większości mieszkańców najdroższych apartamentów. Gdzie ta prawość i równość, o której tak nawijali politycy, wyrażając swoje bujne przemowy, byle zawrócić innym w głowie? Nie mieściło mi się to wszystko w głowie… Może po prostu miałam za dobrze w życiu? Fakt, nie mogłam narzekać. Miałam to, czego brakuje tym smutnym dzieciom, spędzającym najlepsze momenty dzieciństwa w sierocińcach, czy proszących o pieniądze i jedzenie na ulicach. Też mi coś, nigdy na świecie nie będzie spokoju i równości. Nie w tym chaosie i niebezpieczeństwie, czychające tuż przy naszych granicach. Nie mogliśmy zapominać, iż staliśmy w gotowości do sięgnięcia po broń i walce. O walce za nasz świat, na jakim rządy chcą przejąć demony. I gorsze od nich anioły, raz które już zdołały zaślepić naszych przodków.
    Porwaliśmy się niekiedy bezmyślnie, by szerzyć lepsze słowo i wizerunek dla nas samych. Może tylko dla napełnienia naszego ego, co podświadomie chcieliśmy wypchnąć z takich insynuacji. Niekiedy siedząc na sztucznych futrach tu przy cieple kominka, trzymając w dłoni grzaniec, zadawałam sobie pytanie - czy byłabym wstanie przeżyć choć jeden dzień? Choć na jeden dzień rzucić wszystko, zapomnieć o swej karierze, spuściźnie i bogactwie, by żyć. Bez niczego, z całym dobytkiem przy sobie i przeć przed siebie. Jedynie z malutkim zapasem jedzenie, kilkoma drobnymi w kieszeni i walczyć? Coż, dotychczas zdawało się być to nieistotne. Do czasu…
- Chyba sobie kpisz, prawda? - zakpiłam sobie wręcz z mojej prawej ręki, gdy spędzaliśmy wieczór w jego mieszkaniu. Byłam głową i karkiem jednocześnie, nie mogąc sobie pozwolić na krztynę żartów. Musiałam być czujna, nad zbyt dużą liczbą gnojów trzymałam bata.
- Gdzieżbym śmiał, księżniczko… Po prostu poprosiła mnie pewna osoba o przysługę, której osobiście nie mogę wykonać.
- Zbyt wiele poprzewracało wam się w dupach, skoro mieliście czelność rzucić mi na głowę takie zadania! Od czego w ogóle jesteście, hm? - odstawiłam szklankę z hukiem na szklany stolik, zarzucając nogi na siebie. - My nie pracujemy z innymi organizacjami, tylko się t o l e r u j e m y…
- Jesteśmy znani z pomocy innym, jednak zauważ… - w mgnieniu oka pojawił się za mną, bawiąc się moimi włosami. Czy to jakiś fetysz? - Że za bardzo rzucam się w oczy, by wtopić się od tak w tłum. To łatwe zadanie, podołasz, księżniczko.
- Segera…
- Postawili jednak zasadne ultimatum, by nas sprawdzić. Dlatego porzuć dumę, bezpieczne kąty swoich włości i wyjdź ze strefy komfortu. Musisz sama znaleźć punkt zaczepienia, zaufany, by pomóc tym ludziom.
Wyciągnęłam do niego automatycznie dłoń, on zawsze zrozumiał moje potrzeby. Jak gdyby nic podał subtelnie między wargi papierosa, zapalając jego koniec. Tak… Tego potrzebowałam, niszczycielskiej siły niezdrowego tytoniu.
- Wiesz doskonale, jak niszczycielskie może być zaburzenie tego wszystkiego, co ratuje mnie przed utratą kontroli.
- Uwierz mi na słowo, wtedy nikt tak mocno mnie nie zranił. Ba, pozostawił mi blizny, szefowo…
- Co z tymi ludźmi? - spojrzałam na niego, doszukując się jakiegokolwiek fałszu. Jednak jak na złość, nic takiego nie doszukałam. Było to u niego nie możliwe, nigdy.
- Byłe obiekty z laboratorium doświadczalnego zostały zabezpieczone, tylko garstka wie, gdzie obecnie się znajdują.
- Miewasz przede mną zbyt dużo sekretów, nie powinno mieć to w ogóle miejsca…
- Spakowałem już twoje rzeczy, nic więcej nie potrzebujesz do nowej podróży. Ahoj przygodo!
Siedzenia w drugiej klasie przedziału nie były zbyt wygodne, nim mogłam to sobie wyobrazić po tak długim czasie. Ewidentnie zrobiłam się zbyt wygodna, przyzwyczajając się do standardu własnego samochodu, bądź tego kierowcy. Przebudził mnie ten głośny, monotonny i niewyraźny głos dobiegający z głośnika. Ruch na korytarzach utwierdził mnie w przekonaniu, iż nastał czas nareszcie wyjść naprzeciw zwykłemu życiu. A raczej próbować, na coś może zda się odziedziczone aktorstwo mamuśki. Zabrała swoją torbę sportową spod siedzenia, torbę podręczną zarzucając przez ramię.
Szablon
Template by
Carreou