środa, 16 czerwca 2021

OD Yophiela CD Keyi

   Po tym, jak dziewczyna wskoczyła na moje plecy, przez moment straciłem równowagę, co wynikało z braku przygotowania na tę akcję. Zwróciłem częściowo głowę w jej stronę, marszcząc nieznacznie brwi, a po krótkiej wymianie zdań, ruszyłem przed siebie, nie mając zbytnio chęci na jakieś głębsze rozwijanie tematu. Kiedy Keya zahaczyła o temat mojej siły, coś we mnie się poruszyło. Duma? Możliwe. Wiedziałem, że opadłem na siłach, ale żeby aż tak? I to jeszcze w jakieś chorej projekcji? Omiotłem spojrzeniem otaczający mnie krajobraz, który był mi, może nie jakoś bardzo, ale znany, głównie przez moje nieraz chore sny. Poprzednim razem również się w takim znalazłem, tyle tylko, że był on żywszy, zwracając uwagę na pojawiający się tam las, ale czy i to mogłem pod to podpiąć, nie wiem. Niby jest podobnie, a jednak czuję w głębi, tak z tyłu głowy, że coś jest tutaj nieprzyjemnego, może nie od razu wrogiego, ale na tyle niepewnego, że trzeba mieć się na baczności. Mimo takich myśli nie mogłem pozwolić sobie też na zapomnienie tego, co jeszcze przed chwilą się wydarzyło. Nagły upadek kobiety, jej powoli zanikające ciało, a później jakieś szepty, które wydobywały się z jej ust, będące niezbyt przeze mnie zrozumiałe. To wszystko zaprzątało moją głowę, przysłaniając przy tym obraz, który rozpościerał się przede mną. Nagłe, ale delikatne szarpnięcie za kołnierz skutecznie mnie zbudziło. Miałem już coś odpowiedzieć, na jej słowa, ale w tym momencie coś tak jakby się przed nami zmaterializowało, a przynajmniej nie zauważyłem tego wcześniej. Właściwie kogoś. Na dróżce, zaraz naprzeciw nas, stała mała dziewczyna, która była, że tak to ujmę, dość rozpoznawalna z powodu swojego wyglądu. Stała w bezruchu, trzymając kurczowo przedramionami swojego pluszaka -białego misia. Skrzywiłem się na ten cały obrazek, oprzytomniając zaraz po tym, jak trzymająca się mnie kobieta przywarła jeszcze bardziej do pleców, powodując niemałe szarpnięcie w okolicach szyi. Cmoknąłem cicho w geście niezadowolenia, czego oczywiście nie odczytała, bo kiedy tylko dziewczynka ponownie przemówiła, ta zacisnęła swoje macki jeszcze bardziej.
- Ty z nią rozmawiaj... -wyszeptała wprost do mojego ucha, na co gwałtownie poruszyłem głową w przeciwnym kierunku.
Miałem już coś jej odwarknąć, ale wtedy swój głos zabrała ponownie młoda, o dziwnym i niespotykanym kolorze włosów.
- Tylko na chwilę -zrobiła krok w naszą stronę, bardziej wbijając miśka w swoje żebra -Przez moment chcę, żeby ktoś ze mną był -jej nikły uśmiech nie mógł obejść się bez maślanych oczu, które po chwili zostały schowane za powiekami. Jej długie rzęsy zafalowały, a kiedy tylko wyjrzała zza "kotary", ich ruchy mogłyby z wyglądu przypominać motyle skrzydełka.
- Bez obrazy dziecino -rozpocząłem, unosząc nieznacznie prawą brew -Ale nie mamy tyle czasu, śpieszy nam się do domu -odwróciłem od niej wzrok, badając po raz kolejny okolicę.
Niby nic się nie zmieniło, sceneria ta sama, a jednak liczyłem na to, że coś więcej się na horyzoncie pojawi. W końcu może być taka możliwość, sam to teraz bardzo dobrze widzę, bo postać dziecka pojawiła się niespodziewanie, wręcz w tym ułamku sekundy, kiedy to mrugnąłem, by pozwolić oczom na nawilżenie. Może byłem zbyt wrażliwy na takie sytuacje, wręcz można by rzec aż zanadto, ale czułem w głębi siebie, że to, co teraz się ukazuje, wcale nie musi mieć dobrego zakończenia. Pewnie to takie zboczenie zawodowe, gdzie trzeba być przygotowanym na każdą okazję, a jak najlepiej wyjść na każdej z nich? Myśląc o nich pesymistycznie, wytyczając najgorsze ze ścieżek i co najważniejsze -być uważnym w stronę otoczenia, jak i osób, które w danym momencie mnie otaczają. Tym razem moimi towarzyszami są domniemane płcie piękne, z czego jedna wygląda na jakąś nawiedzoną laleczkę, a druga stroszy piórka jak kogucik, który jednak boi się wyjść z kurnika. Zwróciłem się ponownie w stronę młodej dziewczyny.
- Więc jak znasz drogę to z łaski swojej -kąciki ust same się uniosły, układając wargi w dość specyficzny, nieco prześmiewczy wyraz -zaprowadź nas tam.
Po wypowiedzianych słowach poczułem, jak macki ponownie się na mnie zaciskają, co próbowałem zwolnić, chcąc przy tym uderzyć łokciem w jej czuły punkt, na nic się jednak zdały moje starania. Zanim jednak zwróciłem się w stronę rudowłosej, kątem oka dojrzałem, jak małolata delikatnie wprawia swoją sukieneczkę w taniec, chwiejąc się z boku na bok, jakby czymś się niecierpliwiła. W sumie to trochę zrozumiałe -czekała na odpowiedź w sprawie zabawy z nią, choć chwilę wcześniej dałem jej do zrozumienia, że wcale mnie to nie interesuje. Coś jednak mi podpowiadało, że tego nie usłyszała, a może bardziej nie chciała tego usłyszeć.
- Dlaczego tak mówisz -wyszeptała po raz kolejny dziewczyna wbijająca swoją brodę w mój bark -Przecież...
- Przecież, co? -odezwałem się, przerywając jej wypowiedź.
Odchyliłem nieznacznie od niej głowę, tak, bym mógł ze spokojem na nią spojrzeć. Połowicznie, ale jednak.
- Chcesz się z nią bawić? Droga wolna -wystawiłem dłoń w stronę stojącej dzieciny -Ja nie jestem żadną waloną przedszkolanką.
- Przedszkolanki są od mniejszych dzieci -burknęła, na co przekręciłem oczami.
- Tak, to teraz wypominaj mi niewiedzę, kto się kim zajmuje -sapnąłem -Sory, ale mnie nikt nie wychowywał i też jakoś wyszedłem na ludzi -ponownie mój wzrok utknął na małpce, która nadal trzymała się mnie jak jakiegoś drzewa.
- No jak widzę, to niezbyt wiele ci z tego wyszło -zmarszczyła nos, wystawiając przy okazji język, prawie mnie przy tym liżąc.
- Odezwała się święta -ściągnąłem brwi do siebie, na powrót kierując swoją twarz w stronę stojącej naprzeciw mnie.
Była oddalona o kilka metrów, sprawiając wrażenie naprawdę małej i kruchej istoty, którą można jednym podmuchem oderwać od ziemi, jak jakąś białą kartkę. Niebieskowłosa zstąpiła z nogi na nogę, po czym odwróciła się do nas bokiem, obserwując przy tym jakiś punkt znany tylko jej. Chciałem również spojrzeć w tamtą stronę, ale silne szarpnięcie powodujące lekkie ugięcie się moich kolan mi na to nie pozwoliło. Po chwili usłyszałem zgrzytanie piasku i obchodzące mnie kroki, które zaprowadziły niebieskowłosą nieco dalej, niż ja stałem. Patrzyłem na nią z niekrytym zaciekawieniem, myśląc intensywnie nad jej dalszym działaniem. W końcu po coś jednak ze mnie zeszła, choć sądzę, że wcale jakże wybitnego planu z tym nie wiązała.
   Kobieta kucnęła przede mną, kierując się w pełni w stronę niziołka, a że znajdywała się jako tako przy moim boku, mogłem zauważyć jej niewymuszony, delikatny uśmiech. Wyciągnęła prawą rękę przed siebie, mówiąc przy tym, że przeprasza za moje zachowanie. Nie lubię tego. Nie tyle, że denerwuje mnie przepraszanie za swoje czyny, to jeszcze bardziej nie znoszę tego, jak ktoś przeprasza za kogoś, tym bardziej za mnie. Ja nie mam niczego do tłumaczenia, mówię, co myślę i nie jest to coś do odwrócenia czy cofnięcia w czasie. Po prostu tak bywa i tyle, a takie miauczenie o przebaczenie jest przereklamowane. Każdy powinien się ruszyć i co najwyżej myśleć, co robi, żeby później nie być w takiej sytuacji.
   Zstąpiłem z nogi na nogę, kiedy tylko zauważyłem, że jasnowłosa przekręca głowę, nie spuszczając wzroku z kucającej przed nią kobiety. Może ona sama się zastanawiała, co takiego wyprawia Keya? Schowałem dłonie pod pachami, przy tym również zwracając się do dziewczyny.
- Może jeszcze złóż jej pokłon? -powiedziałem cicho, ale nie na tyle, żeby nie mogła mnie usłyszeć.
Szybko zwróciła głowę w moją stronę, mając nieodgadniony grymas na twarzy. Wzruszyłem tylko ramionami, po czym sam wymieniłem spojrzenie z dzieciakiem.
- Czego tak naprawdę chcesz? -pytając, skinąłem głową, jakbym na coś dokładnie wskazywał, co znajdywało się blisko niej -Bo nie sądzę, żeby chodziło o zwykłą zabawę.
- Ale ty jesteś bezduszny -kobieta w kocu wstała, otrzepując przy tym tylną część ciała, na co prychnąłem.
- Do twoich usług -skłoniłem się nieznacznie, bardziej teatralnie niż jakbym rzeczywiście jej służył, na co wydęła poliki.
W tym samym momencie do moich uszu dobiegł cichy śmiech, nieco podwyższony, ale stłumiony przez coś. Z zaciekawieniem zwróciłem się w kierunku, z którego się wydobywał, utwierdzając się w fakcie, kto wykonuj ten dźwięk. Małolata przysłaniała twarz miśkiem, próbując najwidoczniej powstrzymać się przed wybuchnięciem, na co wskazywały drgania jej ciała.
- Co ją tak śmieszy? -powiedziałem bardziej do siebie, ale zdanie nie umknęło uwadze kobiety.
- Może ty? -uznała kąśliwie, na co cmoknąłem.
- Wy... -powiedziała przez delikatnie zaciśnięte zęby -Jesteście bardzo zabawni -wyjrzała zza uszka swojego materiałowego przyjaciela, spotykając się przy tym ze mną wzrokiem. Znowu.
- Doprawdy? -uśmiechnęła się rudowłosa księżniczka. Ta to nigdy nie może ustać w miejscu, siedząc przy tym cicho.
- Tak -skinęła głową dziewczyna, odsłaniając już swoją osobę -Patrzenie na was jest nawet lepsze od zabawy -przymknęła na chwilę oczy, niemalże kładąc głowę na swoim ramieniu. Wyglądało to, co najmniej dziwnie, według mnie oczywiście.
- Czyli powiesz nam, jak stąd wyjść? -zapytała widocznie podekscytowana.
- Nie -pokręciła w odpowiedzi białooka -Zabawa była jednym z waszych zadań -ponownie przycisnęła do siebie swojego przyjaciela, zataczając półkola swoim ciałem -Reszta dopiero się zacznie -dodała bardziej wyniośle, niż bym się po niej spodziewał.
- Co takiego masz na myśli -odpowiedziała jej kobieta, nieco zrezygnowana, która cofnęła się bardziej do mnie, zrównując nasze postawy. Próbowała ponownie złapać mnie za rękę, czego jej uniemożliwiłem, od razu ją odsuwając.
- Dowiecie się w czasie, a tymczasem mogę odpowiedzieć wam na nurtujące was pytania -przeniosła swój wzrok ze mnie na Keyę i z powrotem, jakby pokładała we mnie więcej wiary, z czego nie wiem, czy mam się cieszyć, czy bardziej żałować -Oczywiście nie na wszystkie -jej głos ponownie się podwyższył, tak jakby był jakimś wznoszącymi się emocjami.
Wyciągnąłem w jej stronę otwartą dłoń, sygnalizując przy tym, by zaprzestała swoich przemów. Szybko poinformowałem ją, że musimy się naradzić, tym samym prosząc ją o chwilę czasu, na co się zgodziła. Na szczęście.
Wraz z Keyą odwróciliśmy się od białookiej plecami, patrząc po sobie nieco spode łba, tak jakby informując siebie nawzajem o powadze tego zadania. Zapewne dziewczynka ma dla nas pewien limit czasowy albo przynajmniej pytań, o którym chciała nas powiadomić w trakcie tej "zabawy". Można powiedzieć, że bardziej wygląda to na kotka i myszkę, gdzie jesteśmy raczej tą zdobyczą, ale czy czasem nie moglibyśmy odwrócić tego losu? Zgarbiłem się nieco nad kobietą, żeby nie musiała unosić zbytnio głosu, byśmy mogli obmyślić plan działania, jak i samych pytać. Jednym i najważniejsze było pytanie, które od razu nasunęło nam się na język -co to za miejsce. Drugim było, dlaczego tutaj trafiliśmy. Natomiast trzecim, no cóż, kim ona tak naprawdę jest. Oprócz tego zbioru postanowiliśmy również zapytać się, czy jest zamieszana w tę sprawę, która akurat nas dotyka w tym normalnym świecie.
   Po naradzie szybko zwróciliśmy się do dziecka, wyciągając od razu kary na stół. Bez żadnych ogródek zadawałem pytania, chłonąc przy tym jej wszystkie odpowiedzi niczym jakaś gąbka. Zakończyliśmy tę wymianę zdań po kilkunastu minutach, a kiedy tylko powiedziało, że czas się skończył -tak jak myślałem, że będzie -odwróciła się na pięcie i z dość wesołym krokiem oddaliła się od nas, uprzednio nas wymijając. Dopiero wtedy coś od niej poczułem. Chłód. Tak jakby była martwa, a jej ciało zostało dopiero co wyciągnięte z chłodni, ale w jakim stopniu mogłem sobie zaufać w tej kwestii? Spojrzałem porozumiewawczo na Keyę, ta jednak nie wyglądała, żeby coś takiego odczuła. Może młoda chciała coś tym przekazać? Wszystko było możliwe.
   Ruszyliśmy ponownie przed siebie, nie mając przy tym żadnego większego celu, tym bardziej wiedząc, że nic nam to nie da. Jedyne, o czym teraz myśleliśmy, to jak najszybsze wydostanie się stąd, chociaż jak wspomniała niebieskowłosa, czekały nas jeszcze "próby" podobne do tych, które zrobiła nam ona. Ciekawe co jeszcze się za tym wszystkim kryło. Z rozmyślań jednak wyrwał mnie rozpaczliwy głos kobiety, który od razu spowodował u mnie napięcie się mięśni w celu przygotowania się na coś poważniejszego. Kiedy jednak spojrzałem na to, nad czym tak lamentowała, udało mi się zarejestrować, że się zatrzymała, próbując przy tym wydobyć czarnego szczura z zarośniętego dołu. Niby wygląda na mądrego zwierza, a jednak skacze po chaszczach niczym pchła po skórze. Po jeszcze krótkim marszy w końcu się zatrzymałem, chowając przy tym dłonie w kieszeniach płaszcza. Tak bardzo mi go brakowało.
- A ty co, jednak się modlisz? -mlasnąłem, na co się odwróciła, patrząc na mnie z lekkim zażenowaniem, choć może bardziej bezsilnością?
- Yoooophieeel -przeciągnęła, owijając trawę wokół palca -Jestem zmęczona, Czarnuszek też -jęknęła, garbiąc się przy tym mocniej.
- I co mam z tym niby zrobić? -prychnąłem, unosząc płaszcz, nadal trzymając w nim dłonie -Mam tu teraz tańczyć, czy co? -pokręciłem nieznacznie głową, wprawiając przy tym kosmki włosów w ruch.
- Mógłbyś być trochę empatyczny -powiedziała, tworząc z ust tak zwany dziubek.
Przekręciłem oczami, odwracając się do niej plecami w ponownym celu znalezienia czegoś wokoło, ale tak jak poprzednio, niczego nie znalazłem. Po dłuższej chwili również przykucnąłem, chowając głowę bardziej w kołnierzyk wierzchniego odzienia. Jak długo jeszcze będziemy trwać w tej bańce? Denerwowało mnie to już. Przynajmniej bardziej niż wcześniej.
   Przywarłem kciukiem do ust, nieco nim poruszając, niestety były na tyle suche, że było to dość trudnym i nieco nieprzyjemnym zadaniem. Wtedy poczułem ciężar na plecach, a następnie usłyszałem głośnie westchnięcie. Spojrzałem za siebie przez ramię, a kiedy tylko zobaczyłem, co takiego powoduje takie obciążenie, zacisnąłem bardziej szczęki, powstrzymując się przed bardziej zgryźliwym komentarzem.
- Już ci się pytałem, kiedy ostatni raz się ważyłaś -rozpocząłem -Naprawdę nie jesteś taka lekka -dodałem, na co ta odsłoniła twarz, która wyrażała lekki zawód.
- No weź -jęknęła, przesuwając palce bliżej mojej szyi -Tobie się nie nudzi już takie chodzenie bez celu? -zapytała, na co samoistnie zamruczałem.
Czy mi się to nudziło? Owszem, Czy chciałbym stąd wyjść? Po stokroć tak, ale co miałem z tym zrobić? Wszystko wskazywało na to, że nie mamy co liczyć na szybki powrót. Ciekawe, co teraz myślą sobie inni w tym realnym świecie.
Zwiesiłem głowę, przykładając palce do skroni, chcąc wymyślić dalszy plan działania, nic jednak mi na to nie pozwoliło. Ciągle miałem w głowie to, co powiedziała nam dziewczynka, co miało dla nas wielkie znaczenie i może nie odpowiadała wprost, to i tak mogliśmy wiele z tego wywnioskować. Nic jednak bardziej nie zaprzątało mi głowy jak zachowanie mojej towarzyszki. Myślała, że jak jesteśmy tak sami sobie pozostawieni, to do czegoś mogłoby dość, przynajmniej do jakieś przyjemnej, przyjacielskiej pogawędki, co najwidoczniej próbowała wykonać. Skutecznie jednak wybijałem jej ten pomysł z głowy.
- Co z pchlarzem...? -zapytałem się, na co się wzdrygnęła, a następnie się zawiesiła, wydając z siebie ciche dźwięki kontemplacji.
- Chciał uciec, ale coś tak jakby go tutaj przy nas trzymało -odpowiedziała, nieco się ode mnie oddalając, nadal jednak do mnie przywierała, nie naciskając już jednak tak jak wtedy.
- Mówisz, że to jakaś pułapka? -sam zostałem zaciekawiony czymś takim.
- Możliwe... -westchnęła, po czym całkowicie się ode mnie odkleiła, wstając przy tym na równe nogi.
Spojrzałem w jej stronę, a następnie na kota, który wychodził już z tak jakby specjalnie ułożonych wzdłuż ścieżki, krzaków, otrzepując się przy tym. Naprawdę to wszystko ma przedziwny wydźwięk. Wtedy usłyszałem ciche chrząkniecie, na które się odwróciłem.

<Keya?>
Ja przepraszam ;_; wiem, że wiele razy to mówiłam, ale poprawię się! jak nie to mnie zbij D: no i spróbuję odpisywać częściej, niż po pół miesiąca

2398 słów = 480 pkt

niedziela, 13 czerwca 2021

OD Samatokiego CD Vultura

   Dwa dni przed atakiem Ralpha na gniazdo. Niedziela, popołudnie.
– Po co ja w ogóle tutaj przyszedłem? – Mruknąłem pod nosem, gapiąc się pusto w czubki moich tenisówek. Stałem pod drzwiami niewielkich rozmiarów domu jednorodzinnego, znajdującego się w dzielnicy pięć minut drogi samochodem ode mnie. Osiedle składało się z kilkunastu małych działek, na których było miejsce tylko na domek i ewentualnie metrowy pas zieleni przed wejściem. U Jen go nie było, ponieważ kobieta od zawsze nie lubiła zajmować się wszelkiego rodzaju roślinnością. Wizja podlewania trawnika skutecznie ją odstraszała, dlatego jej niewielkich rozmiarów podjazd był wyłożony brukiem. Co mnie podkusiło, żeby do niej przyjechać? Otóż czułem wewnętrzną potrzebę, żeby się z nią zobaczyć. W głowie cały czas krążyła mi myśl dotycząca jej sprzeczki z Vulturem. Zachowanie blondynki przekraczało wszelkie normy i wcale nie dziwiłem się, że Sęp w końcu nie wytrzymał. Miliony razy starałem się zrozumieć, o co jej tak naprawdę chodzi. Doskonale wiedziałem jakimi uczuciami mnie darzy. I choć starałem się o tym nie myśleć, jej uczucie w jakiś sposób uwierało mnie w sercu. Było niczym uciążliwa drzazga w palcu. Dziewczyna nie mogła się pogodzić z tym, że nie należę do niej i nigdy należeć nie będę. Starała się za wszelką cenę pokazać swoją dominację nad „nowym zagrożeniem”. Wydaje mi się, że właśnie tak myślała o Sępie, choć to nie miało żadnego znaczenia. Mogłem robić cokolwiek z kimkolwiek i nic jej do tego. Może właśnie ta myśl tak ją denerwowała – niemoc, to zapewne czuła. Ze względu na swój silny charakter nienawidziła być odrzucana. To prawda, że ma duże ego, ale nigdy nie zachowywała się w taki sposób. Obecność bruneta wyzwoliła w niej jakieś pojebane pokłady wewnętrznej furii. Działał na nią niczym płachta na byka. Nie sposób nie zauważyć jej pełnych pogardy spojrzeń w jego kierunku, a całości dopełniły tylko urodziny Mary. Pokazała wtedy, na co ją stać... Właśnie dlatego podjechałem pod jej dom. Drugim powodem był fakt, że nie odebrała ode mnie telefonu – chyba pierwszy raz od początku naszej długiej znajomości. Zawsze przynajmniej oddzwaniała albo odpisywała SMS-em, a wtedy nic. Zero.
Zapukałem po raz kolejny, by dać jej znać, że nie odpuściłem. Wiedziałem, że jest w środku, bo nie miała nic do roboty, jak zwykle w ten dzień. Niemal w każdą niedzielę wychodziliśmy do miasta coś zjeść, żeby odpocząć przed nadchodzącym tygodniem.
– Wyważę ci te drzwi, jeżeli nie otworzysz! – Krzyknąłem, tak by dobrze mnie usłyszała. – I nie będę za nie płacił – dodałem po chwili.
Moje słowa zadziałały niczym magiczne zaklęcie, bo minutę później pojawiła się w wejściu, skryta w półmroku. Światło dochodzące z zewnątrz oświetliło jej twarz i choć pozbawiona była makijażu to nadal bardzo ładna, bez żadnej skazy. Wbiła we mnie czerwone tęczówki, przepełnione wyrzutem i smutkiem. Naparłem na drzwi, sprawiając, by się od nich odsunęła, tym samym wpuszczając pełnię popołudniowego światła do środka. Skrzyżowała dłonie na piersiach i bujnęła biodrem, przenosząc środek ciężkości na prawą nogę. Krótkie spodenki, za duża koszulka, którą jej niegdyś zostawiłem i niechlujnie uczesany kok jasno dały mi do zrozumienia, że nie miała zamiaru nigdzie wychodzić. Odetchnąłem głęboko, obserwując całą jej postać. Oczekiwała wyjaśnień, dlaczego w ogóle się do niej pofatygowałem. Zapewne już miała kilka scenariuszy w głowie i byłem pewien, że co najmniej jeden z nich skupiał się na Namaste.
– Hm? Masz mi coś do powiedzenia? – zapytała. Cmoknąłem, a potem przesunąłem językiem po zębach, zastanawiając się, co mógłbym jej powiedzieć.
– Nie zaprosisz mnie do środka? – Nadal stałem w przejściu, bo mimo że drzwi były otwarte na oścież, to ona blokowała mi drogę.
– Masz jakiś dobry powód, żeby tu wchodzić? – ciągnęła.
– A ty masz jakiś powód, żeby się gniewać, złotko? – Podniosłem brew, słysząc jakim tonem do mnie mówi. – Myślę, że jedyną osobą, która powinna być wkurwiona, jestem ja.
Prychnęła pod nosem, odwracając ode mnie wzrok. Wiedziała, że mam rację, bo przez cały czas naszej znajomości byłem z nią szczery i nigdy nie ukrywałem o co mi chodzi. Ściągnęła brwi niebezpiecznie blisko siebie w geście poirytowania, a potem odsunęła się na bok, robiąc mi przejście. Tylko wszedłem a ona od razu ruszyła do kuchni znajdującej się po prawej od wejścia.
– Skoro już tu jesteś to może się czegoś napijesz, co? – Miała to być propozycja, a brzmiała niczym groźba morderstwa całej mojej rodziny.
– Podziękuję... Przyda nam się kolejna rozmowa, jak myślisz? – Rozsiadłem się wygodnie na krześle, przy jasnym drewnianym stole. Kuchnia cała była w takich barwach. Za każdym razem, gdy tam przychodziłem, czułem niesamowite ciepło bijące od wnętrza. Tym razem było nieco inaczej – wydawało się, jakby nawet jej dom mnie nie chciał. Czułem się bardzo obco. Dziewczyna, mimo odmowy i tak nalała wody do dwóch szklanek, z których jedna trafiła pod mój nos. Usiadła obok mnie, łapiąc szkło w obie dłonie. Łokcie oparła na stole, lekko się nachylając. Zaczęła się we mnie intensywnie wpatrywać.
– Skoro ty nie chcesz zacząć, ja to zrobię. Możesz mi powiedzieć, co ty odpierdalasz? – Nie bawiłem się w żadne grzeczności, czy słodkie słówka. – Chcesz do mnie wrócić, czy nie?
– Nie mogę zapomnieć tego waszego pocałunku. – Zignorowała całkiem moje słowa, zaczynając swój własny temat. – Jak mogłeś mi to zrobić?
„Kurwa mać, nie wytrzymam” – przeszło mi przez myśl. Zacisnąłem palce na szklance, dając w ten sposób upust emocjom.
– To nie jest twoja sprawa, Jennifer. – Musiałem od razu postawić granicę, nie mogłem pozwolić, by weszła mi na głowę.
– Ostatnie dwa lata już ci wypadły z pamięci? – znów mnie zignorowała. Zmrużyła nieznacznie oczy, przyglądając mi się uważnie.
– Próbujesz mi wmówić zdradę, gdy nawet ze sobą nie jesteśmy? Ba, żebyśmy jeszcze kiedykolwiek byli razem, to mógłbym zrozumieć. Kurwa. Od początku mówiłem ci, że to ma być wolna relacja, opierająca się tylko i wyłącznie na seksie.
– Mówiłeś... – Odwróciła ode mnie wzrok, widząc, że nie zacznę się tłumaczyć i przepraszać, jak zakochany głupiec, będący pod pantoflem kobiety. – Tyle że ja tak nie mogę... Ko-
Podniosłem dłoń, by ją zatrzymać: – Nie kończ, nie chcę słyszeć tego słowa. Dobrze wiesz, że go nie znoszę. Zarzekałaś się, broniłaś jak lwica, gdy pytałem, czy taka relacja ci pasuje. Mówiłaś, że będziemy się dobrze bawić. A teraz co? Wylewasz frustrację na jakiegoś faceta, uprzykrzając mu życie. Nie mogę tego zrozumieć, nigdy się tak nie zachowywałaś.
Popatrzyła mi głęboko w oczy. Złapała za moją dłoń, podnosząc ją następnie do ust, jak gdyby chciała złożyć na niej pocałunek. Skarciłem ją wzrokiem, dzięki czemu szybko odpuściła.
– Przez te dwa lata tyle się wydarzyło... Jesteś kimś, na kim mi bardzo zależy – westchnęła głośno. Nie próbowała ukrywać faktu, że i ona czuje się nieco zmęczona swoim uczuciem. Mimo to nie potrafiła się od niego odsunąć.
– Jen, posłuchaj. Trochę się już znamy, powinnaś wiedzieć, że nie trafią do mnie takie gadki. – Postarałem się, by brzmieć jak najłagodniej. Chciałem wytłumaczyć sprawę w spokoju.
– Po prostu to czuję. – Znów połączyła nasze spojrzenia.
– Wymagasz ode mnie szacunku do swoich uczuć, a sama tego nie dajesz niczym głupi dzieciak.
– Każdy głupi dzieciak potrzebuje kary. Zrób to. – Zmieniła ton, na nieco głębszy, starając się mnie uwieźć. – Zasługuję na to. – Złapała mocniej za moją dłoń, a potem przesunęła po niej zmysłowo kilka razy, od nadgarstka do palców i z powrotem.
– Mam wrażenie jakbym rozmawiał ze ścianą. – Przewróciłem oczami, czując narastające wewnątrz zirytowanie. Mimo usilnych prób nie grzała mnie już tak, jak kiedyś. Odkąd powiedziała, że mnie kocha, straciłem nią zainteresowanie. I nie chodziło o znudzenie niczym zużytą zabawką. Sprawa wyglądała bardziej skomplikowanie, ponieważ nie potrafiłem odwzajemnić jej uczuć. Nie była typem osoby, z którą chciałbym zamieszkać na stałe albo założyć rodzinę i tak też stawiałem sprawę od początku. Miało liczyć się tylko pożądanie.
– Toki... Dochodzą do mnie twoje słowa, ale nie mogę przeboleć, że tak mnie traktujesz.
– Jak cię traktuję?
– Ozięble. W momencie, gdy z innymi rozmawiasz zwyczajnie, dla mnie jesteś zimny niczym lód. Odkąd pojawił się ten przebrzydły brunet, zrobiło się jeszcze gorzej. – Powiedziała, następnie przeklinając pod nosem imię wskazanej przez siebie osoby.
– Wmawiasz sobie to, co ci pasuje, chcąc wytłumaczyć własną niemoc. Problemem nie jest żadna osoba z zewnątrz, bo sprawa toczy się między nami. Nikomu nic do tego, a ty wywlokłaś ją na światło dzienne, wplątując w to przy okazji Vultura. I na dodatek robisz z niego nieobliczalnego neandertalczyka, który nie potrafi nad sobą panować. Nie uważasz, że to trochę nie fair?
– Hah – prychnęła. – Czuję wewnątrz, że mnie wygryzie. – Wreszcie wyszło na jaw, o co jeszcze się martwi.
– Czyli chodzi o robotę? – Uśmiechnąłem się głupkowato, kręcąc głową i dodałem: – Nie spodziewałbym się, że możesz w ten sposób pomyśleć. Nikt nie zajmie twojego miejsca, sama doprowadziłaś do swojego urlopu. Nie mógłbym oddać komuś tak utalentowanego członka zespołu. – Ugryzłem się w język zaraz po tym, ponieważ zdałem sobie sprawę, że może odebrać moje słowa zbyt dosadnie. Musiałem dopowiedzieć: – Mówię to tylko i wyłącznie jako twój szef, bez osobistych pobudek.
– Tak, rozumiem... Choć przez chwilę przeszło mi przez myśl coś innego. – Uśmiechnęła się do mnie promieniście, zupełnie jakby przypomniała sobie jakąś szczęśliwą chwilę. – Nie zakochałam się w tobie specjalnie.
– Nie obwiniam cię. Sensem naszej rozmowy jest to, byś dała sobie spokój z zazdrością. Zapewne nie będzie ci łatwo, ale musisz się bardziej hamować. Przynajmniej podczas pracy, bo nie mam zamiaru ratować twojego dupska, gdy wpadniesz w kłopoty. Zostawię cię. – Rzuciłem pół żartem, pół serio. W głębi duszy oboje wiedzieliśmy, że bym tego nie zrobił.
– On mnie tak irytuje... Nie wiem, czy dam radę. – Jęknęła, podnosząc szklankę do ust. – Jeszcze ten wasz zakład. Mary jest okropna. – Upiła łyk wody.
– I tym razem on niczym nie zawinił, ja wyszedłem z inicjatywą. Mary przytaknęła.
– Też jesteś okropny – westchnęła. – Nie wiem, co w tobie widzę.
– Jestem okropny, ale też zabójczo przystojny. – Puściłem oczko. Mimo podłego humoru, jaki miała, na jej twarz wkradł się delikatny uśmiech. Odwdzięczyłem się tym samym.
***
   Wtorek. Porwanie Delphine.
   Nadal nieco oszołomiony wybuchem, próbowałem poskładać myśli do kupy. W głowie nie mieściło mi się to, jak bardzo śmiałe stało się Jackals. Najwyraźniej mieli nas za nic, skoro atakowali w środku dnia, domagając się wydania im Demiliano. Przekroczyli wszelkie granice, bombardując dach naszego gniazda. Tym razem nie miałem zamiaru pozostawić tego bez odwetu. Stali się zbyt śmiali i trzeba było ochłodzić ich temperament. W dodatku porwali osobę zupełnie niezwiązaną z aktualną sprawą. Zaraz po tym, jak odzyskałem świadomość, Vultur wytłumaczył nam, kim jest owa kobieta. „Zajebiście kurwa” – pomyślałem, gdy to usłyszałem. I na pewno nie byłem jedynym, który użył właśnie tych słów w swojej głowie. Po minach widziałem, że nie uśmiechało im się ryzykować życia dla jakiejś nieznajomej osoby. Zresztą takie zdanie wyrazili, odpowiadając na pytanie Namaste, czy zamierzamy coś robić. Kiedy zrozumiał, iż nie może na nas liczyć, sięgnął po cięższą artylerię. Wyglądało to bardziej, jakby łapał się brzytwy, niżeli myślał racjonalnie. Sam fakt, że jeszcze przed chwilą chciał iść na Jackals samotnie, mógł wskazywać na to, że w przypadku tej jednej osoby uczucia liczyły się bardziej niż własne życie.
   Wreszcie zwrócił się bezpośrednio do mnie: – Toki. Czy jeśli do was dołączę, pomożecie mi ją ocalić?
   „I kurwa masz babo placek” – odpowiedziałem mu w myślach. Spryciarz wymyślił sobie prosty sposób na znalezienie drużyny jebanych kamikaze, którzy zaatakują Jackals w – zapewne – ich bazie. „Pewnie Vultur, jeszcze wypucujemy butki twojej koleżaneczce i odstawimy ją do domku” – zdanie znów pozostało w sferze moich wyobrażeń.
– Jeżeli ty dołączysz, to ona nadal nie będzie naszym członkiem. A to dla niej mamy ryzykować życie, idąc do paszczy lwa.
Obrzucił mnie spojrzeniem pełnym zawodu i pogardy. Otworzył usta, zapewne by użyć kilku niecenzuralnych słów skierowanych w moją osobę, ale Mary skutecznie mu przerwała.
– Hej, mamy ten nadajnik tak. Możemy dowiedzieć się przecież, gdzie jest ich kryjówka. Wiąże się z tym mnóstwo korzyści dla naszej organizacji. Papcio nie będzie się gniewał, jeżeli dostarczymy informacji o naszych przeciwnikach. Akcja ratunkowa to będzie tylko dodatek. – Swoje słowa zwieńczyła perskim oczkiem puszczonym do bruneta, ten kiwnął do niej w podziękowaniu. – Toki, jestem pewna, że poradzisz sobie ze starym.
Przesunąłem dłonią po twarzy i powiedziałem: – Tak kurwa, już lecę. Znowu będę musiał was wszystkich chronić przed boską ręką i nadstawiać karku, żeby jakoś go przekonać.
– Vultur jeszcze żyje, a to oznacza, że świetnie sobie radziłeś do tej pory. – Kobieta uśmiechnęła się do mnie zachęcająco. – Damy radę.
Pomysł wydawał mi się do bani. Niepotrzebne narażanie ludzi dla osoby, która i tak nigdy nam się za to nie odpłaci. Dodatkowo, jeżeli coś pójdzie nie po naszej myśli, to stracimy kogoś, kto naprawdę nam się przyda. Niestety miałem wrażenie, że słowa Mary zostały poparte przez większość znajdujących się tam osób. A przecież nie była to nawet nasza wina, że Delphine została porwana. Złe miejsce o złym czasie.
Pchany natarczywymi spojrzeniami pięciu osób, zacząłem zastanawiać się, jak mógłbym wytłumaczyć tę akcję, kiedy dojdzie do konfrontacji z Francesco. Doszedłem do kilku znaczących wniosków, dlatego postanowiłem podzielić się nimi z resztą.
– Jeżeli do nas dołączysz, mogę to podpiąć pod infiltrację terenu wroga dla lepszego rozeznania i czystki.
Przez błękitne oczy przeszedł błysk nadziei połączonej z radością. Moja mina pozostała neutralna, ponieważ nie widziałem potrzeby, by się do niego szczerzyć. Nadal mi się to nie podobało, ale jakieś wewnętrzne ja chciało mu pomóc. Jego słowa o tym, jakoby dziewczyna miała być dla niego jak rodzina mnie przekonały. Mieliśmy podobny stosunek do tego typu spraw, mogłem się utożsamić z jego odczuciami i zmartwieniami.
– Szef ma tak naprawdę serce pełne miłości – odezwał się Nickolas z prawej. Nie spodziewałem się, że może powiedzieć coś takiego. Podniosłem brew wymownie, a potem pierdolnąłem go z otwartej dłoni w plecy, tak by poczuł siłę uderzenia w płucach. Zaraz po tym, jak moja dłoń się z nimi zetknęła, mężczyzna głośno odetchnął. Osiągnąłem zamierzony cel, bo potem jeszcze kaszlnął.
– Coś czuję, że Abraham znowu będzie ci musiał reperować twarz. – Uśmiechnąłem się do niego z miną pełną poirytowania. W odpowiedzi tylko westchnął. Wiedział, że na tym powinien zakończyć swój niezwykle inteligentny wywód na mój temat. I prawidłowo. Na moment zapanowała cisza, następnie przerwana przez jednooką kobietę. Wyciągnęła swój smartfon, tłumacząc, że by odnaleźć położenie helikoptera, wystarczy połączenie z siecią. Szybko zalogowała się do aplikacji, następnie pokazała nam miejsce, w którym wylądowała maszyna. Wskaźnik w wirtualnej mapie zatrzymał się na terenie Aurni, w dzielnicy Raro „zajętej” przez Jackals. Miasto mieściło się jakieś dwie godziny jazdy samochodem od Ortum. Nasi ludzie zajęli Shanmai i z tego, co wiem, całkiem dobrze im się powodziło. Niby nie była to duża odległość, ale i nas i tamtych pochłaniały codzienne obowiązki. Z tego względu nie kontaktowaliśmy się zbyt często. Osobiście znałem tylko ich lidera – Salomona oraz jego podopieczną o pseudonimie Saba. Typ, który prawie w ogóle się nie uśmiecha, zawsze chłodny i wycofany, ale niesamowicie utalentowany. Prawdopodobnie mógłby nam pomóc, jeżeli bym do niego zadzwonił. To już było jakieś wyjście i zaczątek planu.
– Skoro już wiemy, gdzie są, to ruszajmy. Czekają nas dwie godziny drogi – powiedział Gin.
– Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co z nią zrobią. – Powiedział z zaniepokojeniem Remus. – Mam nadzieję, że będzie żyła, kiedy dotrzemy.
– Oczywiście, że będzie. Ta dziewczyna niesamowicie im się przyda. – Skarciła go wzrokiem Mary. – Nie bądź taki naiwny Remusie. Myśl. – Popukała się w skroń, by jeszcze dosadniej dać mu do zrozumienia, co ma robić.
– Przepraszam panią. – Spuścił głowę, wbijając w ziemię popielate oczy.
– To, jaki mamy plan? – zapytał Nickolas. Przeniósł jasnofioletowe tęczówki na mnie, oczekując odpowiedzi.
– Znam lidera Shanmai. W telefonie mam gdzieś jego numer. Osoba, która dobrze zna miasto, na pewno nam się przyda. Dodatkowo ma taką jedną, co kręci się za nim niczym wierny psiak. Nie poznałem do tej pory ich umiejętności, ale na pewno i ona będzie przydatna. Mimo, że to dalej nasza organizacja powinniśmy obdarzyć ich ograniczonym zaufaniem.
– W takim razie najlepiej będzie, jak wyruszymy. Mamy kawał drogi do pokonania. – Vultur wreszcie się odezwał, zaskakująco spokojnie. Chyba nasza rozmowa faktycznie pomogła mu nieco się wyciszyć.
– Pamiętaj, że do nas dołączasz. – Pochyliłem się w jego kierunku, by lepiej mnie zrozumiał. Stał naprzeciwko. – Taki jest warunek, jeżeli faktycznie mamy nadstawiać za nią karku.
Spodziewałem się ciętej riposty. Czegoś, co w zamyśle miałoby urazić moje uczucia albo zwyczajnej zmiany wyrazu twarzy. On jednak pokazał, jak bardzo jest zdeterminowany, by odzyskać przyjaciółkę. Mruknął ciche „Okej”, spoglądając mi w oczy. A więc do takich poświęceń był zdolny, niesamowite. Dostrzegłem w nim cząstkę siebie.
***
   Krótko po ustaleniu wstępnego planu wyjechaliśmy spod częściowo zrujnowanego wybuchami gniazda. Wozy strażackie i policja doskonale radziły sobie z opanowaniem całej sytuacji, dlatego nie widziałem potrzeby, by się tym przejmować. W końcu we wszelkich papierach budynek był zarejestrowany jako wytwórnia muzyki, a sam atak mógł być efektem działań terrorystów, czy innych pojebów, których również nie brakowało w naszym przepięknym mieście. Mortems oraz Jackals były największymi gangami przestępczymi w Rayiot, jak i całym Varasel. Nie wykluczało to jednak innych, mniejszych, które od czasu do czasu usilnie starały się pokazać, że i one mają realny wpływ na wojnę. W rzeczywistości nie miały. Sprawy toczyły się wśród grubych ryb, a oni byli zaledwie narybkiem w morzu pełnym rekinów. Dlatego właśnie taki atak w żaden sposób nie zagrażał ani nam, ani Jackals i Ognisty Ralph doskonale o tym wiedział. Helikopter? Fakt, oznakowanie miał, jednak z poziomu ulicy nie dało się dużo dostrzec. Budynek siedziby był naprawdę ogromny, a to utrudniało rozpoznanie w sprawie. Policyjnych helikopterów też nie widziałem, najwyraźniej wydarzenie nie było aż tak priorytetowe, by je zwołali.
   Postanowiłem, że do Aurni wybiorę się moim motorem. Pogoda była naprawdę piękna, a ja wolałem zdecydowanie tę formę transportu niżeli samochód – choć je też kochałem niezmiernie. Jednooka wraz z Remusem pojechali jednym samochodem, a Gin, Nick i Vultur drugim – tak by nie wzbudzać podejrzeń, jeżeli ktokolwiek miałby je mieć. W ten sposób było też bezpieczniej, bo zawsze mieliśmy dodatkową drogę ucieczki, gdyby szlag trafił jedno z aut.
   Na miejsce dojechałem o dziewiętnastej trzydzieści, przed pozostałymi. Motor potrafił wyciągnąć większą prędkość niż samochód. Wyprzedziłem moich towarzyszy, komunikując się z nimi wcześniej, że zadzwonię, gdzie dokładnie mają przyjechać.
   Niebo zaczynało robić się szarawe, a słońce mozolnie chowało się za horyzontem utworzonym z wysokich wieżowców. Niesamowitej atmosfery dodawała olbrzymia wieża. Niezależnie od strony, z jakiej się tam wjeżdżało, witała ona nowo przybyłych swą potęgą. Był to swego rodzaju znak rozpoznawczy tego miasta. Cechowało się ono dużą ilością wąskich uliczek, sklepów wielobranżowych i wszelkiego rodzaju targów, na których przy jednym stoisku można było kupić podróbki markowych ubrań, a przy kolejnym małego szczeniaczka. Tak właśnie przedstawiała się Aurnia. Niemal od razu skierowałem się do dzielnicy Shanmai, by przypadkiem nie natknąć się na członków Jackals. Kto wie, na jakim poziomie była ich komunikacja, być może słyszeli plotki dotyczące naszego wyglądu. Dlatego właśnie wybrałem mały parking przy jednej z bocznych uliczek. Latarnie powoli rozświetlały zbliżającą się noc. Dzielnica miała niesamowity urok, królowała w niej kultura Luyie, a zatem i papierowe lampiony porozwieszane przy każdym ze stoisk. Prostopadle do miejsca, w którym się zatrzymałem, wyrastała kolejna droga – ta jednak służyła za swoiste targowisko z jedzeniem na wynos. Ulica między małymi restauracjami nie była zbyt szeroka, na oko pomieściłaby maksymalnie motor. Większość miejsca zajmowały powystawiane ogródki piwne, przyciągające wyglądem klientów. Swoją drogą było ich mnóstwo. Długie kolejki do kas i praktycznie wszystkie zajęte miejsca przy stolikach, wskazywały na popularność tego miejsca. Obserwowałem sceny rozgrywające się przed każdym z lokali, próbując ocenić, który z nich nadawałby się, by zjeść jakiś posiłek. Kilka minut wcześniej przypomniałem sobie, że jedyną rzeczą, jaką zjadłem tamtego dnia była mała kanapka. Przepiękny zapach potraw serwowanych w budach przekonał mnie, żeby zajść do którejś i kupić coś ciepłego. Postanowiłem, że jeszcze chwilę mogę się wstrzymać. Oparłem tyłek o siedzenie mojego motoru i odpaliłem fajkę w oczekiwaniu na pozostałych.
   Pojawili się kilka minut później, gdy dopalałem. Mary zaparkowała samochód przed a Vultur za mną. Wysiedli z aut w tym samym momencie, jakby ćwiczyli synchronizację dłuższy czas.
– Ej, chcecie coś zjeść? – Wypaliłem na powitanie, wypuszczając z ust ostatni dymek. – Mamy jeszcze chwilę, zanim Sal się pojawi. Mówił, że ma jakieś sprawy do załatwienia.
Rozmawiałem z liderem Shinmai jeszcze w drodze do Aurni. Powiedział, że musi rozprawić się z kilkoma chłystkami, którzy ostatnio dawali się mu we znaki. Rzecz jasna wyraziłem zrozumienie dla jego poczynań i oświadczyłem, że zaczekamy.
– Stawiasz? – zapytała Mary. Prychnąłem pod nosem z uśmieszkiem, jakby powiedziała mi dobry kawał na znak, że nie zamierzam. Rzuciłem wypalonego peta pod nogi i przydeptałem go.
– Niesamowity sknera z ciebie. Przecież ostatnio wzbogaciłeś się o dziesięć koła na naszym zakładzie – dodała kobieta.
Żołądek już porządnie mnie ssał, dlatego postanowiłem, że nie będę dłużej prowadził tej głupiej gierki.
– Okej, niech ci będzie. Co chcecie? – Zwróciłem się do całej piątki. – Ty też cipciuś, dasz radę coś wszamać?
– Nie – odpowiedział krótko. Był jakiś taki niemrawy, no ale wcale mnie to nie dziwiło. Jego przyjaciółka znajdowała się w potrzasku.
– Dobra, jak chcesz. – Postanowiłem, że nie będę go cisnął. Zaraz po tych słowach ruszyłem do stoiska, gdzie była całkiem duża kolejka. Oznaczało to tylko tyle, że żarcie jest dobre, a także zmniejszało ryzyko zatrucia pokarmowego spowodowanego jakimś nieświeżym produktem. Dość szybko doszedłem do kasy, przy której zamówiłem pięć takich samych kanapek – z pieczonym kurczakiem i jakimś sosem. Pięć minut później niosłem jedzenie do zaparkowanych niedaleko pojazdów. Zauważyłem, że nasze grono powiększyło się o dwie dodatkowe postaci – ciemnoskórego, błękitnookiego Salomona Wiana oraz jego podwładną o zwierzęcych uszach – Sabę. Będąc już przy całej grupce, rozdałem zakupione przez siebie jedzenie w powołane do tego ręce, a potem przywitałem się z nowymi. Zamieniliśmy kilka słów, między innymi wyjaśniłem im naprędce naszą sytuację, wstępny plan, a także ujawniłem pobyt Ralpha razem z przydupasami. Salomon przysunął otwartą dłoń do brody i układając na niej palce, zaczął:
– W miejscu, o którym mówicie, faktycznie znajduje się lądowisko dla helikoptera. Zbudowano je na posiadłości należącej do Jackals. Jest to taka baza przejściowa dla wszelkich jeńców, których złapią. Dlatego zabrali tam waszą znajomą. A na dodatek, skoro tam polecieli, to nie zdawali sobie sprawy z tego, że ich obserwujecie. To wasza szansa, żeby ją odbić. Nie spodziewają się, że ich zaatakujecie.
Ton mężczyzny był niesamowicie chłodny, wyprany z emocji.
– Może i się nie spodziewają, ale my w ogóle nie znamy tamtego miejsca. – Powiedziałem po przełknięciu kęsa. – Nie możemy pakować się w nieznane. Nie masz żadnych zdjęć albo może filmów z kamer, które by pomogły? Skoro mówisz, że to posiadłość to pewnie jest ogromna, a co za tym idzie, posiada mnóstwo korytarzy i ślepych zaułków.
– Dlatego właśnie pójdziemy z wami. Chcemy się na coś przydać. – Mruknęła dziewczyna, podpierając się prawą dłonią na biodrze. Po lewej przy pasku, w specjalnych uchwytach miała przyczepione dwie katany. Przykuwały uwagę, ponieważ różniły się kolorem ostrza, jakby zostały stworzone z dwóch różnych metali. Zwróciła uwagę na to, że się jej przyglądam i odchrząknęła, odgarniając włosy w odcieniach szarości za ramię. W ten sposób wyrwała mnie z transu. Właściwie to patrzyłem gdzieś w dal, jak to zwykle bywa, gdy człowiek się zamyśli, a dziewczyna akurat stała na linii mojego wzroku. Żeby jej nie denerwować, przeniosłem spojrzenie na Salomona. Oboje wydawali się nieco dziwni, ale doceniałem ich chęć pomocy. Pomyślałem, że cholernie nam się przyda, bo gdyby jej nie zaproponowali, moglibyśmy skończyć w jakimś potrzasku – uwięzieni na terenie wroga.
– To co, wycieczka już zjadła? Możemy iść na tych skurwieli? – Zapytałem, gdy sam skończyłem. Wytarłem usta chusteczką, co by nie wyglądać jak brudas, a potem cisnąłem zawiniątkiem do pobliskiego kosza. Wiara zgodnie kiwnęła głowami niczym przedszkolaki, słuchające się wychowawczyni.
– W takim razie chodźmy. – Wskazałem na pojazdy stojące nieopodal, samemu udając się do motoru. Już na nim usiadłem, miałem włączyć silnik, gdy zobaczyłem podejrzanego typa. Krył się za samochodem, jakby wysłuchiwał naszej rozmowy. Kiedy zdał sobie sprawę, że go zobaczyłem, puścił się biegiem wzdłuż ulicy. Natychmiast zareagowałem, zrywając się z siedzenia i łapiąc za berettę przywieszoną do paska.
– Jakiś chuj nas podsłuchiwał! – Krzyknąłem do reszty, ale nie czekałem na nich. Ruszyłem w pościg za podejrzanym typem. Mężczyzna skręcił w połowie ulicy w lewo, tak by znaleźć się na kolejnej. Ta wydawała się bardziej zapuszczona. Metalowe puszki umieszczone nad zabitymi dechami oknami, zapewne od klimatyzacji i zwisające kable tworzyły niesamowicie przykry widok. Dopełniały go papierki leżące gdzieś przy murach. Obserwacji dokonałem podczas szukania jakiejś drogi ucieczki, czy uliczki, w którą znów mógłby skręcić uciekinier. Nie zobaczyłem niczego, facet był w pułapce. Mógł poruszać się tylko do przodu albo do tyłu. Skupiłem się na moim celu – uciekał w popłochu niczym wystraszone zwierzę, dzieliło nas jakieś dziesięć, piętnaście metrów. Odbezpieczyłem broń, a potem strzeliłem, celując w jego nogę. Wystrzał rozniósł się echem po ulicy. Kula przeszyła ciało, a facet runął na ziemię, krzycząc z bólu. Uśmiechnąłem się z satysfakcją. Pan gumowe ucho trzymał się za krwawiącą nogę i jęczał pod nosem. Siedział na asfalcie, zwrócony przodem do mnie. Stanąłem nad nim z wyższością. Minę miałem morderczą. Byłem pewien, że słyszał wszystko, o czym mówiliśmy.
– Ja nic nie słyszałem! – jęknął. – Błagam, daj mi żyć! Nie pisnę słówka!
Nawet niczego nie powiedziałem, a on już przyznał się, że podsłuchiwał. Niesamowite.
– Najlepszym sposobem na milczenie jest śmierć. – Wzruszyłem ramionami beznamiętnie. Facet mógł nam zaszkodzić, dlatego należało się go jak najszybciej pozbyć. Z zimną krwią posłałem mu kulę między oczy, obserwując, jak martwe ciało pada na asfalt. Pozostało tylko zastanowić się, co z nim zrobić. Właściwie to mógłby tam zostać – zabity w bocznej uliczce. Zapewne porachunki dealerów i ich klientów – tak mogłaby pomyśleć policja, kiedy go znajdzie. Odcisków palców nie było, jedynie kule tkwiące w ciele. Zbyt mało śladów. Zostawiłem trupa tam, gdzie leżał i wyszedłem na „główną”, żeby wrócić do pozostałych.
– Toki, dopiero przyjechaliśmy, a ty już masz trupa na sumieniu. – Westchnęła Mary, kiedy do nich podszedłem.
– Nie będę się jebał z takimi. – Splunąłem pod buty, okazując w ten sposób pogardę dla człowieka, którego zabiłem.
– W każdym razie powinniśmy się stąd wynieść, póki jest spokojnie – dodał Gin. – Jak go znajdą to będzie problem.
Kiwnąłem w zgodzie, a potem wsiadłem na motor.
– Gdzie mamy jechać? – zapytałem.
– Poprowadzę was – odparł Wian.
***
   Przed odjazdem stwierdziliśmy zgodnie, że korowód składający się z trzech samochodów będzie rzucał się w oczy prawie tak bardzo, jak pstrokato ubrana dziwka na ulicy. Zminimalizowaliśmy zatem ilość do dwóch – motor i samochód jednookiej zostawiliśmy na strzeżonym parkingu, niedaleko miejsca, w którym mieszkał lider Aurni. Mary i Remus jechali granatową Kią Stinger Salomona, ja zaś, razem z Vulturem, Ginem i Nickolasem wybraliśmy czarne Volvo. Przekroczyliśmy granicę dzielnic koło dwudziestej pierwszej. Godzina ta nie wzięła się znikąd, ponieważ przed rozpoczęciem inwazji musieliśmy się odpowiednio przygotować – wszyscy założyliśmy na siebie czarne stroje stworzone z materiałów, które nie krępowały ruchów. Wyglądaliśmy niczym szajka prawdziwych złodziei, szykujących się na skok roku. W rzeczy samej takie były nasze zamiary, ale główną nagrodą nie miały być bogactwa skrywane za murami posiadłości Jackals, a przyjaciółka Sępa. Przygotowałem wszystko tak, jak niegdyś – zaledwie dwa lata temu, kiedy takie napady robiliśmy dość często, okradając bogate posiadłości. Przed ostatecznym wyjazdem z Novy, gdy opracowaliśmy plan, zajrzałem do pewnego pomieszczenia mieszczącego się w gnieździe. Trzymaliśmy w nim maski przeznaczone właśnie do tego typu wydarzeń. Podczas, gdy do rutynowych kontroli poszczególnych ulic Rayiot nie potrzebowaliśmy przykrycia twarzy, tak do skoków i napadów były idealne. Pozwalały na zachowanie anonimowości, a przy okazji straszyły przeciwników. Wyglądały niczym twarze demonów, wykrzywione w obrzydliwym uśmiechu, ukazującym ostre kły. Każda z nich była w odcieniach krwistej czerwieni z ciemniejszymi zabrudzeniami w okolicach rogów i policzków. Zakrywały całą twarz, mając jedynie otwory pozwalające na obserwację otoczenia i oddychanie zarówno nosem, jak i ustami. Tak więc razem ze strojami, ubezpieczyliśmy się w takie maski. Sal i Saba posiadali własne – białą i czarną ze zdobieniami, w kształcie pyska lisa.
   Wjechawszy do Raro w oczy od razu rzuciło mi się nieco inne budownictwo – Aurni było bowiem miastem podzielonym kulturowo. Shanmai rządziło się prawami Luyie i Dystryktu Górnego, w Raro zaś dominował Dystrykt Dolny. Wiele budynków zbudowano z jasnych cegieł, a papierowe lampiony zostały zastąpione przez metalowe latarnie, wiszące nad szerokimi ulicami. Na myśl przychodziło mi Nyxys – miasto, z którego pochodziłem. Doskonale znałem ten styl. Zapewne większą część dzielnicy stanowili ludzie pochodzący z tamtych okolic, stąd tak to wyglądało. Szybko zmieniłem obiekt rozmyślań. Okazały się nim być plany dotyczące ataku na posiadłość, o której wspominał Salomon. Jackals na pewno stworzyło tam małą fortecę. Najlepszym sposobem byłoby wykonać akcję po cichu, tak by zachować efekt zaskoczenia jak najdłużej. Przewyższali nas liczebnością – to było pewne, ale jeżeli wszystko dobrze rozegramy to mamy szansę wygrać i na dodatek dowiedzieć się wielu rzeczy na ich temat.
   Nie chcąc przedłużać – zaparkowaliśmy samochody ulicę dalej. Życie dookoła toczyło się własnym torem, ulica na której znajdowało się „tymczasowe więzienie” nie była zbytnio oblegana. Od czasu do czasu przejechał po niej jakiś zbłąkany samochód. Nie dziwiło mnie to, ponieważ w okolicy znajdowała się tylko jedna otwarta restauracja, resztę stanowiły dawno zamknięte banki i różnego rodzaju urzędy. Budynek, który zamierzaliśmy zaatakować prezentował się niczym ogromne muzeum. Na swoim terenie posiadał nawet dużych rozmiarów park, który od ulicy nie wydawał się aż tak okazały. Dopiero przechodząc dalej, wzdłuż stalowego ogrodzenia można było zauważyć ogrom i potęgę roślin tam rosnących. Miałem wrażenie, że przyczynił się do tego ten sam chłopak, który tworzył na dachu gniazda wijące się zdrewniałe pnącza. Być może dbał o ogród, pielęgnując tamtejsze rośliny. A jeżeli faktycznie tak było, to mogło się okazać, że ogród jest usiany jego pułapkami.
   Stanęliśmy przy ogrodzeniu, zastanawiając się w jaki sposób wejść na posesję. Mary jakiś czas temu zostawiła nas, by zająć miejsce na dachu przeciwległego budynku. Hawk – jej nazwisko było zarazem przezwiskiem, ponieważ mimo posiadania tylko jednego sprawnego oka była niesamowitym snajperem. Jej moc jest bezpośrednio z tym powiązana, potrafi wzmocnić swoje pociski za pomocą wewnętrznej magicznej energii przesiąkającej karabin snajperski. Tak naprawdę wystarczy jej tylko dobry widok na cel, żeby skutecznie go unieszkodliwić. Remus zaś, tak samo jak Gin, Nickolas, Vultur, Salomon i Saba zostali razem ze mną. Szaro włosa dziewczyna obserwowała z uwagą ogród, szukając jakiegoś punktu zaczepienia. Gin również zerkał w tamtym kierunku, próbując dostrzec jakiegoś strażnika pilnującego tylnych wejść.
– Nie ma nikogo, faktycznie się nie spodziewają. Hah, nienawidzę tych jebanych szakali. Banda debili. – Mruknęła Saba, odwracając się w moim kierunku.
– Język, Sab – zwrócił jej uwagę ciemnoskóry. – Przekleństwa do ciebie nie pasują.
Westchnęła głośno, pokazując tym dezaprobatę i chwyciła za jasną katanę przy swoim pasku. Jednym zgrabnym ruchem ją wyciągnęła, a potem wykonała szybkie machnięcie. Metalowe pręty ogrodzenia runęły na ziemię, tworząc szparę szerokości jednej osoby.
– Nieźle – uśmiechnąłem się.
– To prawda, niezłe sztuczki potrafisz, Sab. – Nickolas poklepał ją pokrzepiająco po plecach. Dziewczyna była wzrostu Remusa i Gina, wzdrygnęła się na dotyk niebieskowłosego. Jej zachowanie nie uszło uwadze mężczyzny i zaraz przeprosił ją na swój własny sposób. Ta tylko kiwnęła głową, a następnie puściła nas przodem. Ruszyłem, nakładając maskę na głowę, za mną poszedł Namaste, a za nim reszta. Nie odezwał się słowem od momentu, gdy staliśmy w alejce z restauracjami. Być może tak bardzo skupił się na robocie, że najzwyczajniej w świecie zapomniał o istnieniu języka. A może powód był zupełnie inny i tak naprawdę zżerał go stres o swoją przyjaciółkę. Właściwie to nie miałem zamiaru dłużej się nad tym zastanawiać. Weszliśmy na teren wroga, dlatego trzeba było zachować czujność. Już wcześniej ustaliliśmy, że nie będziemy łazić razem. Remus został na czatach przy płocie, ponieważ jego umiejętność nie była zbyt przydatna w walce. Być może, gdyby umiał uśpić więcej niż jedną osobę faktycznie by się przydał, ale niestety – co bądź, jest świeżakiem. Miał dać nam znać, gdyby zobaczył coś podejrzanego. Wszyscy wyposażeni byliśmy w specjalne słuchawki douszne, umożliwiające komunikację w obie strony. Rozdzieliliśmy się na dwie grupy, Vultur, Gin i Nickolas tworzyli jedną. Drugą zaś stanowiłem ja, Salomon i Saba. Pierwsza poszła przeczesać lewe skrzydło posiadłości, przy okazji zabijając po cichu strażników, moja zaś ruszyła na prawo. W pierwszym korytarzu od wejścia nie spotkaliśmy nikogo, pod sufitami nie było też kamer. Mijaliśmy jedynie ładnie zdobione meble i obrazy na ścianach – jak to zwykle bywało w „domach” bogaczy. Korytarz znajdował się w półmroku, dzięki światłu księżyca wbijającemu się do środka przez duże okna. Całość idealnie pasowała do opisu budynków Dystryktu Dolnego. Nic dodać, nic ująć. Mieli rozmach skurwysyny.
– Zacznijmy przeczesywanie od góry. Na końcu pójdziemy do piwnicy – szepnąłem przez maskę. Spojrzałem kątem oka na dziwaczną parkę, a kiedy kiwnęli głowami, ruszyłem po schodach. Katanę miałem cały czas w pogotowiu, gdyby nagle wyskoczył na nas jakiś członek przeciwnej organizacji. Dziewczyna wraz z mężczyzną ubezpieczali tyły. Będąc na piętrze rozejrzałem się w prawo i lewo. Wreszcie usłyszałem śmiechy dobiegające z pokoju znajdującego się na końcu korytarza. Drzwi były lekko uchylone, dlatego od razu po tym, jak do nich podszedłem, zajrzałem przez szparę. Zobaczyłem trzy osoby, siedzące przy stoliku i grające w karty. Przy każdym z nich stało na wpół wypite piwo. Był wtorek, dopiero co przywieźli nowego więźnia. Na dodatek tak ważnego, a oni co kurwa robili? Grali w pokerka, śmiejąc się do rozpuku jak głupie gnojki. Nie pomyliłem się, co do tego jak nas traktowali. Byli zuchwali, a swoim atakiem – mimo że ostatecznie ich odparliśmy – podnieśli swoje ego do takiego poziomu, że nie spodziewali się odwetu za Delphine. Zresztą, nie należała do nas, więc po co mielibyśmy nadstawiać za nią karku.
– Są moi, idźcie sprawdzić prawą stronę – szepnąłem. Wkradłem się do pokoju niczym kot na polowaniu, a potem kilkoma szybkimi ruchami katany, pozbawiłem życia wszystkich znajdujących się wewnątrz. Niedobitki postrzeliłem, upewniając się wcześniej, że mam założony tłumik. Nie zdążyli nawet chwycić za broń. Swoją drogą, leżała w kącie pokoju, zaraz za stolikiem przy którym kilka sekund temu rozgrywali partię pokera. Zabrałem od jednego z trupów krótkofalówkę i wyszedłem z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Nasłuchiwałem jakichkolwiek nawoływań pochodzących od strażników z drugiego skrzydła. Nie było żadnej wiadomości, dlatego wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Zastanawiało mnie tylko to, gdzie siedział Ralph z tym swoim przydupasem-botanikiem. Zapewne tam, gdzie on, była też Delphine. Nie chciało mi się wierzyć, że zostawiłby swojego więźnia samego. Z chwilowego zamyślenia wyrwał mnie delikatny głos Saby. Powiedziała, że nikogo nie było z prawej strony korytarza. Salomon pokiwał głową na potwierdzenie jej słów. Mruknąłem ciche „Ok”. Wychodziło na to, że wszyscy opiekujący się tym piętrem postanowili zrobić sobie wieczór gierek. Przetrzepaliśmy również piętro wyżej. Było zdecydowanie mniejsze niż to wcześniejsze, przypominając strych zapełniony niepotrzebnymi gratami. Tymi gratami okazało się być kilka skrzyń wypełnionych magiczną bronią. Sama ich obecność skłaniała mnie do refleksji. W Jackals nigdy nie było aż takiej dużej ilości ludzi – a to oni zazwyczaj używali specjalnych spluw. Skupiali się zazwyczaj na zrzeszaniu magicznych, a broń mogła wskazywać na jakiegoś rodzaju współpracę, być może z Armią Ludzkości. „Co skurwiele planują?” – pomyślałem.
   Z zamyślenia wyrwał mnie głos Wiana, ponieważ zeszliśmy już na parter. Razem z uszatą znaleźli przejście do piwnic. Kilka minut wcześniej dostałem cynk od Gina, że wszystko idzie zgodnie z planem, ale nie trafili jeszcze na ślad Delphine. Zatem musiała być ukryta pod ziemią. A jeżeli nie znaleźlibyśmy jej w tamtym miejscu, to najwyraźniej się spóźniliśmy i Magnus zabrał dziewczynę w siną dal. Miałem szczerą nadzieję, że tego nie zrobił. To zapewne byłby duży cios dla Vultura. Wracając do Ralpha – zachowywał się zaciekle nad naszym gniazdem, nie sądziłem, by mógł odpuścić tak szybko zemstę za Olivio. Raczej nie był tego typu osobą.
   Weszliśmy do podziemi. Pomieszczenie przywitało nas zapachem stęchlizny. Zaraz za schodami znajdował się korytarz, który rozszerzał się na końcu, tworząc dużych rozmiarów „pokój”. Z jego wnętrza dobiegał dziwnie brzmiący, ciężki oddech i cichy, prawie niedosłyszalny śmiech. Rozpoznałbym go wszędzie – Mahito. Salomon rzucił okiem, czy nie ma tam innych pomieszczeń – nie było. Stanęliśmy w progu pokoju, z którego dochodziły odgłosy. Długowłosy od razu nas zobaczył, jednak jego wyraz twarzy nie był taki, jak wtedy, gdy odwiedziliśmy go w Slumsach. Mógłbym nawet przysiąc, że usłyszałem jak warknął pod nosem. Siedział przy klatce, w której znajdowała się ciężko dysząca Delphine. Musiał zarazić ją swoją chorobą. Nie widziałem innej możliwości na wytłumaczenie stanu dziewczyny.
– Haha, kto tu mnie odwiedził? – zapytał. Wstał i rozłożył ręce na boki niczym pasterz widzący swoje owieczki. Mimo powierzchownie przyjaznego zachowania trzymał między nami dystans około dwóch metrów.
– Nie dajcie mu się dotknąć – mruknąłem. – Jego umiejętność rozłoży was na łopatki, tak jak tamtą.
– Wyglądacie jak prawdziwe demony. Lucia, co o nich myślisz? – Zadał pytanie w powietrze. – Taak, pięknie wyglądają. Te dwa liski szczególnie.
– Pojebany czy pojebany? – Zapytała Sab na tyle głośno, żeby i Mahito ją usłyszał.
– Żaden pojebany! – Rozdarł gardło ostro wkurwiony jej słowami. – Lucia jest cały czas ze mną! Ta kurwa obok jest jej kolacją! – Krzycząc to, sięgnął do swoich rękawów. Nadal pamiętałem, czym się posługiwał. Nie czekając strzeliłem mu w rękę, a kiedy spróbował użyć drugiej, kolejna kula przebiła jego dłoń – tym razem lewą. Wypuścił chwycone przed chwilą małe sztylety na ziemię. Krzyknął przeraźliwie, klękając przed nami.
– Nie! Znowu to samo! – wrzasnął rozpaczliwie. – Dopiero co ją poskładałem.
Zaniósł się płaczem, jak małe dziecko, które rozbiło sobie kolana. Ja za to uśmiechnąłem się, czując przeogromną satysfakcję z tego, że cierpi. Zmniejszyłem nieco dystans, tym razem zachowując maksimum czujności. Mimo krwawiących, podziurawionych dłoni sięgnął do nogawki i spróbował rzucić we mnie jednym z ukrytych tam noży. Nie udało mu się, bo zrobiłem unik. Kopnąłem go w twarz z taką siłą, że nie zdołał utrzymać się na klęczkach. Zarył twarzą o betonową podłogę piwnicy. Czubkiem buta rozbiłem mu chyba nos, ponieważ zaczął obficie krwawić. Zielonowłosy próbował się podnieść, ale dostał z buta kolejny raz – tym razem w przeponę. Zakrztusił się własną śliną, próbując odetchnąć. Złapał za brzuch, kuląc się z bólu.
– Jesteście tchórzami, kryjąc się za maskami. – Splunął mi krwią pod buty. Zaśmiałem się pod nosem na jego słowa, następnie podniosłem na chwilę maskę, by mógł ujrzeć swego oprawcę. Pokazał zakrwawione zęby, widząc moją twarz. Wybuchł gromkim śmiechem zaraz po tym i położył się na plecy, tak by być zwróconym twarzą do sufitu.
– Zemsta jest taka piękna... – szepnął teatralnie. Jego mina wyrażała rozmarzenie połączone z zadowoleniem. Wyrównał oddech, a potem spróbował szybkim ruchem złapać mnie za kostkę. Zabrałem ją w ostatnim momencie, będąc przygotowanym na to, że może czegoś spróbować.
– Nie tym razem kutafonie.
Noga, którą próbował złapać wylądowała na jego twarzy. Poczułem pod nią chrupnięcie – najwyraźniej dokończyłem dzieła, rozwalając mu całkowicie nos. Mimo ogromnego bólu jaki czuł, nadal się uśmiechał. Krew spływała mu po twarzy, zatrzymując się na moment w kącikach ust, by następnie ciurkiem kapać na podłogę.
– Wasza koleżaneczka zaraz umrze. – Wymruczał cichutko z ogromną satysfakcją. Podniósł palce lewej ręki. Pstryknął nimi, a jego więzień zaczął się krztusić i wyć z powodu zjadającej go choroby.
– Saba! – krzyknąłem. – Daj jej trochę swojej krwi. Natychmiast!
Dziewczyna nie czekając zdjęła maskę i podbiegła do klatki, która nawet nie była zamknięta. Więzień znajdujący się w środku był pozbawiony jakichkolwiek sił do obrony. Sab wykonała szybkie nacięcie na swojej dłoni, by następnie skropić świeżą krwią usta czarnowłosej. Delphine zmarszczyła brwi, czując metaliczny posmak w ustach. Przełknęła szkarłatną ciecz, ale nie otworzyła oczu.
– Czyżby było za późno? – Zapytał Mahito, obserwując swoje dzieło. Zachichotał głupkowato, ale nawet nie zdążył się rozkręcić, bo kopnąłem go w głowę kolejny raz. Stracił przytomność, mając na twarzy swój przebrzydły uśmiech.
– Gnida. – Szepnąłem, po czym skierowałem słowa do szaro włosej klęczącej przy porwanej: – Oddycha?
– Oddycha, wypiła całkiem dużo. Myślisz, że ten sposób zadziała? – Podniosła głowę.
– Jeżeli nie zwymiotuje to chyba zadziała. Ostatnim razem tak mnie wyleczyli, Mahito mówił, że potrzebna jest świeża krew półanioła.
– No to wszystko się zgadza – przytaknęła Sab. – Samatoki, powiedz... Co chcesz zrobić z tym fiutem?
– Sab! – Błękitnooki posłał jej karcące spojrzenie.
– Penisem. Może być Sal? – Zrobiła maślane oczy w kierunku ciemnowłosego. – Bardzo chętnie się nim zajmę.
Nim zdążyłem odpowiedzieć, całą trójką zwróciliśmy się w kierunku, z którego przyszliśmy. Drzwi do piwnicy się otworzyły, a chwilę później stanął przed nami zielonowłosy chłopak – ten, który był obecny na dachu, w czasie ataku Ralpha. W jednej chwili wypuścił kubek na podłogę, zawartość natychmiast się z niego wylała. Podniósł dłoń harmonijnie i w tym samym momencie podłogę zaczęły przebijać zdrewniałe pędy. Zachowywały się tak, jakby wyrastały spod ziemi. Beton nie stanowił dla nich żadnej przeszkody. Chłopak zablokował nam przejście, odcinając całkowicie dostęp do światła. Jego jedynym źródłem była żarówka w korytarzu. Zapanowała kompletna ciemność i wtedy właśnie zauważyłem jak bardzo błyszczące są oczy Salomona. Wydawały się świecić na niebiesko. Nigdy do tej pory nie widziałem takiego zjawiska.
– Co tu się dzieje? – zapytałem. A kiedy nie dostałem odpowiedzi, wyciągnąłem telefon z kieszeni i zapaliłem latarkę. Zaświeciłem nią przed siebie. Prawie zszedłem na zawał, gdy zobaczyłem przed sobą szare oczy Saby.
– Widzisz, Salomon tutaj nie dowodzi – zaczęła. – Ja przewodzę Shanmai. on jest jedynie naczyniem dla duszy potężnego demona, Sadoka. Zawarliśmy pakt, a kolor jego oczu jest jego wynikiem.
– Ale zajebiste. Nawet nie wiedziałem, że tak można.
– Cieszę się, że mogłam cię zaskoczyć. – Wyraźnie się zawstydziła, odwracając ode mnie wzrok. – A teraz może zajmijmy się tymi pnączami, bo odcinają nam też dopływ powietrza.
– Jasne, zaraz je rozetnę. Co w takim razie rozumiesz przez „zajęcie się” Mahito?
– Sadok pochłonie jego duszę, jeżeli będzie potulna to być może zdobędzie cząstkę mocy tego drania – odpowiedziała.
– Wykurwiste. Dobra bo my tu gadu gadu, a zaraz się podusimy. – Obszedłem dziewczynę, by ostatecznie stanąć przed „drewnianymi drzwiami”. Złapałem rękojeść katany z całej siły. Jej kolce przebiły skórę po wewnętrznej części dłoni, a moje ciało przeszedł nagły przypływ energii. Uderzyłem ostrzem kilka razy, rozcinając skutecznie pnącza. Ich kawałki upadały mi pod buty, obumierały a następnie znikały zamieniając się w pył. Robota zajęła mi kilka minut, ponieważ Botanik stworzył z nich całkiem grubą ścianę. Kiedy wreszcie się przebiłem, nie zobaczyłem go w korytarzu. Drzwi do piwnicy były otwarte, zatem musiał spierdolić. Pewnie chciał znaleźć pomoc, ale niestety – wszyscy z tego skrzydła byli już martwi. Podejrzewałem, że dawno zawiadomił Ralpha o naszym przybyciu. Na szczęście zdobyliśmy Delphine – co prawda nieprzytomną, ale żyła. A to był priorytet.
Wróciłem do pomieszczenia. Przy podłodze unosił się szary dym. Chwilę potem zniknął a wraz z nim ciało Mahito. Przetarłem oczy ze zdziwienia, ponieważ widziałem już dużo różnych mocy, ale ta była dla mnie czymś nowym i zaskakującym. Wzrok przeniosłem na parę, Salomon trzymał na rękach Delphine, od czasu do czasu obserwując, czy aby na pewno nie spadnie. Szaro włosa zaś akurat chowała swoją ciemniejszą katanę do uchwytu przy pasku.
– Wynośmy się stąd, pewnie zielonka już powiadomił kogo trzeba, że tutaj jesteśmy. – Poleciłem, zakładając maskę demona na twarz. Pozostała dwójka zrobiła to, co ja i chwilę później byliśmy już w drodze na zewnątrz. Gdzieś z oddali słyszeliśmy poddenerwowane głosy. Komunikowali się między sobą odnośnie ilości pozostawionych przez nas trupów. Dzięki krótkofalówce mogłem kontrolować, gdzie akurat znajdują się uzbrojeni. Już miałem łapać za klamkę, gdy w uchu usłyszałem głos Nickolasa.
– Szefie, natknęliśmy się na Ralpha. Jesteśmy na zewnątrz. Obstawił płot swoimi ludźmi. Kilku zabiliśmy, ale ten cholerny ogród jakby ożył. Strasznie nas blokuje.
– Kurwa – mruknąłem. – Zielonka się obudził, Sab.
– Mogę z nimi walczyć, ale potrzebujemy jakiegoś sposobu na te jebane rośliny.
– Mary, słyszysz mnie? – Złapałem słuchawkę w palce, jakby miało mi to pomóc w komunikacji z kobietą.
– Słyszę. Widzę, że zrobił się tam niezły kocioł.
– Dasz radę wytworzyć pociski zapalające?
– Myślisz, że ja jestem jakąś ognistą wróżką?
– Ja pierdole, akurat teraz wzięło cię na żart. Dasz radę coś wykombinować, czy nie?
– Zobaczymy, musicie sobie jakoś poradzić, dopóki czegoś nie wymyślę.
Pozostawiłem jej słowa bez odpowiedzi. Rozproszył mnie wybuch na zewnątrz. „Więc Magnus dołączył się do zabawy. Zajebiście” – pomyślałem.
– Myślę, że powinniśmy po nich pójść. A raczej ja pójdę, ty zostaniesz w środku i jakby co wypuścisz swojego demonka na żer, okej? Musimy chronić Delphine.
– Dobrze – odpowiedziała Sab.
Odetchnąłem ciężko, a potem wyszedłem na zewnątrz. Dopiero po opuszczeniu ogromnego budynku zobaczyłem dokładnie jak wyglądał ogród – wszędzie dookoła plątały się dobrze mi znane pnącza. Tworzyły istny labirynt z przeszkodami. Byłem pod wrażeniem zasięgu mocy zielonowłosego chłopaka. Rośliny wiły się pod nogami, próbując od czasu do czasu złapać za kostkę. Skutecznie je odcinałem, ale na ich miejsce pojawiały się nowe. Próbowałem nawet coś zdziałać zapalniczką. Niektóre uginały się pod płomieniami, ale tak mały ogień nie był w stanie skutecznie ich powstrzymać. Po kilku minutach przebiłem się przez kolejną ścianę. Omal nie uderzyłem ostrzem katany Gina, gdy wbiłem ją w gałęzie. Mężczyźni byli uwięzieni w swego rodzaju klatce, którą utworzyły rośliny. Nickolas odpierał ataki zdrewniałych macek, a Vultur próbował w nie strzelać, od czasu do czasu odcinając te, które plątały się wokół jego rąk. Chen zawołał ich do siebie, gdy stworzyłem im odpowiednie wyjście. Szybko opuścili roślinny „pokój”, a wejście tak szybko jak powstało, zaraz zarosło.
– Mary coś wymyśli, ale musimy kupić jej trochę czasu, dlatego najlepiej będzie schować się w domu. Ciężej będzie im tworzyć te rośliny... Przynajmniej taką mam nadzieję.
Wprowadziliśmy mój „plan” w życie od razu, gdy skończyłem mówić. Puściliśmy się biegiem w kierunku wejścia do domu. Salomon otworzył nam drzwi. Gin wbiegł pierwszy, za nim Nickolas, a kiedy przyszła pora na Sępa jedna z roślin obrała go sobie za cel.
– Uważaj Vultur! – Krzyknąłem, popychając chłopaka tak, by pnącze go nie przebiło. – Kurwa mać! – Przekląłem, gdy wbiło się we mnie. Obok mnie pojawił się szary wilk, przypominający ducha. Przegryzł konar, który chwilę później obumarł i zniknął pozostawiając w moim boku pokaźnych rozmiarów ranę. Wszedłem do środka, przytrzymując krwawiące miejsce. Zamknąłem za sobą drzwi, a potem odwróciłem się do reszty. Obserwowali mnie z duszą na ramieniu.
– Dzięki – kiwnął do mnie Namaste.
Usiadłem ciężko na krześle, nieopodal drzwi, odrzucając demoniczną maskę gdzieś na podłogę.
– Musimy się nim zająć – rzuciła Sab.
– Ja to zrobię – westchnął Vultur.
– O jaki chętny – skomentowałem.
– Jak nie chcesz to kto inny się tobą zajmie. Mamy tu kilka osób, które mogą to zrobić.
– Nie, to będzie zaszczyt, jeżeli ty wyleczysz moją ranę, wielki Nephalemie. – Trzymając za ranę schyliłem się z kpiącym uśmieszkiem. Zaraz mina mi zrzedła, bo poczułem kujący ból po lewej stronie brzucha. Chłopak prychnął pod nosem, ale został ze mną i chwilę później przykładał dłonie do zranienia. Reszta postanowiła, że zostawi nas samych, by rozeznać się lepiej w posiadłości. W końcu miała bardzo dużo różnych wejść i wyjść. A na zewnątrz roiło się od ludzi z Jackals. Poczułem ucisk na skórze – to brunet dał o sobie znać, wyrywając mnie tym samym z zamyślenia. Klękał przede mną, dlatego postanowiłem, że to odpowiedni czas na docinki.
– Znowu uratowałem ci dupsko. Oczekuję lodzika. – Westchnąłem ciężko, rozsiadając się lepiej na krześle. Całkiem trudne zadanie, ponieważ siedzisko było niesamowicie niewygodne.
– Możesz pomarzyć – odpowiedział krótko.
– Ha! A żebyś wiedział, że już to robiłem. Twój dług rośnie z każdym dniem, księżniczko. A dzisiaj to nawet podwójnie, uratowałem twoją psiapsi, a potem jeszcze ciebie. Niedługo doliczę ci straty moralne, które ponoszę. – Prostowałem kolejno palce prawej ręki, bawiąc się w komornika. – Musisz bardziej na siebie uważać, bo niedługo się nie wypłacisz.

<Vultur?>

7611 słów = 1522 pkt

czwartek, 10 czerwca 2021

Pożegnanie

Nadszedł ten czas w naszym spokojnym, wręcz sielankowym życiu bloga, w którym to żegnamy się z kolejną postacią, tym razem jest to Lucius Rosevelt. Może i wiele nie przeszedł, ale na pewno pozostanie w naszej pamięci. Wiadomo, my zawsze czekamy na powroty!

Powód odejścia: Decyzja właściciela


| Inne Arty |
1 2
| Autor | 
| Głos |
| Pochodzenie |
Dystrykt Górny, Dinlauo 
| Zamieszkanie |
Dystrykt Górny, Dinlauo. Niestety brakuje mu jeszcze roku, aby móc zacząć żyć na własną ręke
| Prowadzący |
Pandemonium. (hw)
| Tożsamość |
Lucius Rosevelt
| Pseudonim |
Znajomi wołają na niego Lucek, albo Lucy. Kiedyś miało go to denerwować, aktualnie jest to wszystkim znany skrót od imienia.
| Wiek i płeć |
17-letni chłopak
| Miłość |
Biseksualny, wolny
| Rasa |
Nephalem (chociaż myśli, że jest człowiekiem)
| Podtyp/Chór | 
Na ten moment brak informacji
| Rola |
Uczeń militarnej szkoły
| Aparycja |
Nie wyróżnia się z tłumu. Jest zwykłym, szarym człowiekiem o przeciętnym wzroście nastolatka 175cm. Jest umięśniony, ale chudy, więc nigdy nie polega na swojej sile. Jego skóra jest blada, żeby nie powiedzieć, że szara. Stara się unikać słońca, ponieważ bardzo szybko skóra się zaczerwienia i dostaje poparzeń. Ma pełno blizn i jakichś pojedynczych ran, ponieważ nie uważa na siebie. Nie boi się ryzyka, więc często się kaleczy i nie zwraca na to uwagi, temu też można go spotkać w jakichś plastrach, bandażach i innych opatrunkach. Ma owalną twarz z delikatnymi rysami twarzy. Czasami zwracają uwagę na jego brązowe oczy: jedno jaśniejsze, drugie ciemniejsze. Zawsze odpowiada, że to wina kąta padania promieni słonecznych, ale w rzeczywistości jedno ma mniej, a drugie mocniej napigmentowane. Często można go spotkać z worami pod oczami, ponieważ sypia bardzo nieregularnie. Ma blade, pełne usta i dwa pieprzyki przy lewej brwi, które z daleka wyglądają jak kolczyk. Krótkie i kruczoczarne włosy opadają mu na twarz i sięgają karku. Zazwyczaj ubiera się w ciemne ubrania nie ze względu na modę, czy chęć bycia czarnym charakterem, ale posiadanie wszystkich ubrań w podobnym kolorze ułatwia ich pranie - nie oznacza to jednak, że nie ma innych. Nigdzie nie rusza się bez broni. 
| Przemiana |
Brak
| Charakter |
Lucius to bardzo miły i towarzyski chłopak. Każdy czuje się przy nim, jakby znali się od małego. Charyzmatyczny człowiek, często trzymający w dłoni pałeczkę i prowadzący swoje owieczki do celu. Troszczy się o innych i wierzy w lepszy świat. Skąd takie nastawienie? Marzy o świecie bez magii. Współczuje swojej rasie, czyli ludziom, którzy są słabsi od magicznych stworzeń. Wyobraża sobie świat bez magii, taki, w którym wszyscy są równi i nikt nie czuje się zagrożony. Marzyciel, jednak stara się stąpać twardo po ziemi. Nie wierzy w taki idealny świat, dlatego pozostaje przy obronie swoich przyjaciół. Wierny jak pies, a może nawet głupi jak but. Łatwo zdobyć jego zaufanie, wystarczy stwarzać miłą i uczciwą osobę. Już wiele razy się na tym przejechał, już nie jeden go oszukał, a mimo wszystko wierzy w ludzkość i wierzy, że to się więcej nie stanie. Nie ważne jak bardzo wie, że to nie prawda, nie potrafi zmienić nastawienia do obcych. Jest zbyt otwarty i nie umie kłamać. Można powiedzieć, że jest zbyt szczery oraz zbyt miły. Nie sprawia mu kłopot komplementowanie innych, kiedy jednak słyszy dobre słowa w swoim kierunku, nie wie, jak się zachować. Ma problem z opisaniem swoich uczuć i często po prostu zmienia temat. Można pomyśleć "pewnie ma dużo przyjaciół", ale rzeczywistość jest inna. Okazuje się, że z takich jak on, większość się śmieje. Tacy jak on, są wykorzystywani. Jest tego świadom i może to wizja samotności popycha go do bycia zbyt miłym i szczerym w nadziei, że kiedyś ktoś to doceni.
Jednak wszystko ma drugie dno. Tak samo jak jest bardzo optymistyczną osobą, która zarzuci żartem i która wesprze w gorszych chwilach, potrafi być bezlitosny i okrutny. Nienawidzi magii i wszelkich, magicznych stworzeń. Gardzi nimi i nie okazuje im ani współczucia, ani litości. Uważa ich za bezlitosne bestie, które chcą zniszczyć ludzi. Nie szanuje ich, pluje na nich i gdyby mógł, zabiłby wszystkich. Nie brzydzi się krwi ani bólu, niektórzy nazwali by go szaleńcem, ponieważ strach i ból popędza go do działania. Im większy, tym bardziej uparty. Nie potrafi odpuścić, ma ogromnego ducha walki i nienawidzi się ani poddawać, ani przegrywać. To drugie znosi z ciężkim bólem. 
Jeśli go lepiej poznasz, a on otworzy się przed tobą jako prawdziwy Lucius, a nie jako wojownik, okażę się, że jest bardzo kruchy i delikatny. Boi się odrzucenia, jest słaby psychicznie i niestabilny emocjonalnie. Stara się to ukrywać, aby być wzorcem dla innych ludzi, jako silny i niezależny człowiek. Wierzy, że kiedyś będzie lepiej. 
| Moc / Broń |
Brak
| Rodzina |
Sierota. Mieszkał w Domu Dziecka odkąd pamięta. Jego opiekunką, którą mógłby nazwać przyszywaną matką, jest Kalipso - zakonnica i pracownica Domu Dziecka. Mają bardzo dobre relacje.
| Historia |
Odkąd pamięta, mieszkał w sierocińcu. Wychował się wśród innych dzieci bez rodziców i o to cała jego historia. Prawie... Miało być dobrze. Chodził do świetnej militarnej szkoły. Dobrze się uczył, miał kolegów, ale gdy miał dziewięć lat dowiedział się okropnej prawdy. Okazało się, że jego dom był tak na prawdę "szwedzkim stołem dla demonów". Na świecie było dużo osieroconych dzieci, nikt więc nie zauważał, kiedy jakieś nagle znikało. Prócz Luciusa, który w końcu zaczął się tym interesować. Może to źle, że dowiedział się prawdy, ale na pewno ukształtowało to jego charakter i postrzeganie świata. To był przypadek, że akurat nie spał tej jednej nocy, w którym zabierali jego przyjaciela. Przyszła tajemnicza postać, miała skrzydła i była przepiękna. Chłopak ruszył za nimi ciemnymi korytarzami. Gdy dotarł do końca, zobaczył, jak jego przyjaciel stał się obiadem dla jakiejś bestii o ludzkich oczach. Dziecko zostało pożarte i nikt nie słyszał jego krzyku, prócz Luciusa. Gdy ten sam krzyknął, a oni go zobaczyli... do dziś nie ma pojęcia, dlaczego zostawili go przy życiu. Obudził się w łóżku i chociaż zakonnica mówiła mu, że to był tylko sen, on nie uwierzył. Do dziś ukrywa w sobie złość, ból i żal po tym, co się stało. Pała nienawiścią do wszystkich magicznych istot i obiecał sobie, że któregoś dnia się ich wszystkich pozbędzie. 
| Ciekawostki |
- Często miewa koszmary, dlatego sypia nieregularnie. Gdy już się obudzi, wstaje, nie patrząc na godzinę. Stara się jednak pilnować, aby nie zmienić całkowicie trybu życia na taki, jaki mają nocne zwierzęta;
- Świetnie walczy wręcz;
- Jest pozbawiony zmysłu węchu i smaku;
- Chciałby kiedyś z ciekawości posmakować ludzkiego mięsa;
- Interesuje się astrologią i astronomią;
- Uwielbia zwierzęta, prócz ptaków, które lubią go atakować albo zapaskudzać mu ubranie;
- Kiedy wpada w złość (czyli dosyć rzadko), szybko się izoluje, zaczyna rzucać przekleństwami, a czasami coś niszczy;
- Jak był mały, często był przebrany za dziewczynkę, ponieważ starsze koleżanki uważały, że ma idealną buzię do bycia księżniczką.
- Katana. Jest z tą bronią związany... chyba od małego. Odkąd pamięta uczył się nią walczyć i czuje się z nią, jak z drugą ręką. 
| Postscriptum |
Najważniejsze? Nie mam trochę czasu. Dla mnie to tylko zabawa, więc nie piszę długich opowiadań. Mimo wszystko z chęcią rozpocznę jakiś wątek, tylko wpierw napisz i się upewnij, że mam czas. No i vice versa, nie martw się. Ogólnie pozwalam kierować swoją postacią, można ją krzywdzić, póki nie trzeba będzie jej czegoś amputować. Wymagam tylko pozwolenia na kierowanie swoją postacią, niestety nie lubię pisać "sama", a pytanie się o każdą błahostkę jest męczące - oczywiście w granicach rozsądku, przecież nikogo nie będę swatać czy coś bez pozwolenia.

OD Keyi CD Kanako

   Nowo poznana osóbka okazała się być bardzo ciekawą i intrygującą personą. Jej zachowanie budziło moje zaciekawienie, bo nieczęsto spotykałam dziewczyny tego rodzaju. Była słodka, a do tego przypominała kota, niezwykłego, bo nieco odbiegającego od zwierzęcych norm.
   Z tak bliska mogłam zobaczyć piękne włosy Kanako. Ich kolor znacznie różnił się od tych Heleny – były one zupełnie białe, niczym świeżo padający śnieg, niczym jeszcze niezabrudzony.
- To twój naturalny kolor? – zapytałam, przesuwając dłonią po niesplątanych kosmykach.
Dziewczyna ochoczo przytaknęła, nadal intensywnie okazując miłość futrzakowi na kolanach.
- Owszem – zachichotała – Zawdzięczam go jedynie genom.
Nachyliłam się niżej, kładąc jednocześnie dłonie na jej ramionach. Zbliżyłam policzek do jej głowy, wtulając się w jej bok.
- Skoro to twój urlop – zaczęłam, posyłając znaczące spojrzenie w stronę Heli – Musisz go wykorzystać w jak najlepszy sposób. Masz gdzie spać?
Pokiwała delikatnie głową, najwyraźniej w obawie, aby jednocześnie zbyt mocno nie potrząsnąć mną. Zauważyłam również, że jest przyjemnie ciepła, może nawet zbyt mocniej niż przeciętny człowiek. Czy nawet w tej kwestii upodobniłaby się do kota? Jeśli tak, to przecież każdy wie, że wspólna noc z tymi futrzakami to najlepsze, co może cię spotkać.
- Właściwie… Jeszcze nic nie wybrałam, mój wyjazd to trochę spontaniczna decyzja.
Odsunęłam się od niej ustawiając tak, aby móc spojrzeć w jej oczy.
- Może chcesz na ten czas zostać u mnie? – uśmiechnęłam się – Hela również u mnie śpi, myślę, że zmieścimy się na jednym łóżku.
- Jesteście pewne? – odwzajemniła spojrzenie, za którym pokazała się nuta niepewności.
Skinęłam głową, oczekując odpowiedzi od Heleny, która jedynie wykrzywiła usta w szczerym uśmiechu.
- Decyzja ostateczna należy do właściciela domu, ale ja nie mam nic przeciwko – przekręciła głowę tak, żeby dodać swoim słowom lepszego wydźwięku.
Ja za to klasnęłam w dłonie, podpisując tym samym ze sobą pewną umowę. Z drugiej jednak strony pojawiła się we mnie niepewność, bo nigdy nie należałam do osób tak ekstrawertycznych. Kanako nie znała również mojej profesji, ale nie było potrzeby, aby ją o tym informować. Może to i pewna gra, w której naginasz prawdę, ale w ten sposób mogłam zobaczyć siebie z innej perspektywy.
- W takim razie zjedzmy i wracajmy do mnie, muszę cię zapoznać z moim Czarnuszkiem – zaśmiałam się, kucając tak, aby również pogłaskać leżącego na jej kolanach kota – Jest trochę dzikusem, ale myślę, że cię polubi.
Posłałam jej łagodne spojrzenie, a następnie nasz tor rozmowy nieco zboczył i obrał całkowicie nowy tor. Nasza trójka zastanawiała się teraz nad tym, które miejsca najlepiej odwiedzić. Ja uparcie drążyłam temat starych świątyń, więc ostatecznie na nie padł wybór. W końcu to ja tutaj mieszkałam, choć niestety wyszło, że niekoniecznie znam ciekawe miejsca. Nigdy nie miałam potrzeby, aby je zwiedzać. Robiłam to jedynie w ramach treningu, a i nie zawsze był czas na podziwianie okolicy.
* * *
   Jechałyśmy już do mojego domu, zbliżając się do niego w coraz szybszym tempie. Z radia leciały stare, sentymentalne hity. Droga wydawała się bezbarwna, mimo porośniętej wokoło zieleni. Wszystko już dawno się obudziło, a wiosna miała w tym czasie największe odrodzenie. Drzewa, krzewy, trawa i kwiaty cieszyło się z każdego promyka, a ziemia była najobfitsza w naturalne rośliny. To był również dobry czas dla mnie na zbieranie ziół, a z przykrością musiałam zauważyć, że już dawno nie miałam chwili, aby zdobyć potrzebne mi składniki.
- Jesteśmy na miejscu – oznajmiła siedząca obok Hela, wysiadając pierwsza.
Zaraz za nią z samochodu wyszła Kanako, a następnie ja. Dziewczyna podeszła nieco bliżej drewnianych schodków, obserwując okolicę.
- I jak oceniasz? – zaśmiałam się, widząc jak przygląda się otoczeniu.
- Cudownie – uśmiechnęła się, splatając ręce za plecami i przekrzywiając głowę w uroczy sposób – Cisza i spokój, a do tego tyle natury…
Zamknęła na chwilę oczy, na co podeszłam do jej osoby i położyłam dłoń na jej głowie. Nie mogłam się powstrzymać od tego gestu, jakby mój organizm samoczynnie działał na jej słodkość.
Potem wszystko wydarzyło się niespodziewanie i szybko. Weszłyśmy do środka, gdzie Czarnuszek od razu przywitał nową przybyszkę. Obdarzył ją okazałym mruczeniem i przysięgam, że pierwszy raz mogłam go zobaczyć w tak przylepnej wersji. Dosłownie nie chciał odstąpić dziewczyny na krok. Niestety w międzyczasie ktoś zadzwonił do Heleny, która musiała w trybie pilnym nas opuścić. Obiecała, że wróci, ale nie powiedziała ile czasu jej to zabierze, ani nie wytłumaczyła o co chodzi. Tak więc zostałyśmy same i już niedługo potem poszłyśmy razem spać.
   Rankiem obudziłam się pierwsza, obserwując dziewczynę z wtulonym w siebie kocurem. Zeszłam na dół, aby przygotować śniadanie, które niedługo potem zjadłyśmy razem. Wszystko odbyło się w przyjaznej atmosferze i mogłam śmiało stwierdzić, że Kanako należy do interesujących osób.
Kiedy słońce jeszcze nie górowało, zebrałyśmy się na małą wycieczkę, którą zaplanowałyśmy już wczoraj wieczorem. Zabrałyśmy ze sobą Czarnuszka, który nie odstępował białowłosej nawet na krok.
- Poczuję się zazdrosna – nadęłam policzki, zerkając ukradkiem na siedzącą obok dwójkę.
Jechaliśmy po dość oddalonej od głównej drodze, zmieniającej się w pewnym momencie w polną ścieżkę. Na nasze szczęście dogrzewało z nieba słońce, więc nie musiałam się martwić, że będzie problem z wyjazdem.
Na miejscu znalazłyśmy się niecałą godzinę później. Zaparkowałam na uboczu, pierwsza opuszczając samochód. Znajdowałyśmy u podnóża góry, na której wybudowano kilkadziesiąt lat temu świątynie na cześć Boga Zagubionych Dusz. Wiedziałam, że miejsce jest opuszczone, dlatego też zdecydowałam się przywieść w to miejsce Kanako. Mogłyśmy mieć spokój i ciszę.
- Odbywałam tutaj kiedyś trening – zaczęłam, kiedy tylko dziewczyna przystanęła obok – Droga na górę jest nieco męcząca, ale warto.
Uśmiechnęłam się, pierwsza ruszając naprzód. Ścieżka okazała się zarośnięta, a wcześniejsze schodki w kilku miejscach zepsute. Marsz więc wymagał od nas więcej wysiłku, ale ostatecznie zdobyłyśmy upragniony szczyt.
   Widok jaki się rozpościerał z tych kilkuset metrów był niesamowity. Za nami rosły kolejne wzgórza, a przed nami w pełnej okazałości pokazał się różnorodny teren. Wiatr przyjemnie muskał ciało, próbując wyrwać nasze włosy do tego specyficznego tańcu, a promienie wiosennego słońca cudownie oświetlały budynek za nami.
   Świątynia wyglądała dość przeciętnie, jak każda inna w tej okolicy. Widać było jednak, że dawno nikt tutaj nie przebywał. Ze ścian schodziła farba, a drewno zaczęło wydobywać z siebie specyficzny zapach.
- Na pewno możemy tutaj wchodzić? – zapytała Kanako, kiedy miałyśmy przekroczyć próg drzwi.
- Jeśli nie chcesz to nie musimy – uśmiechnęłam się łagodnie, spoglądając na jej personę.
W jej ramionach zastygł Czarnuszek, badając bystrymi ślepiami ukryte za mrokiem wnętrze.
- Nie chodzi o to – pogłaskała kocura po główce – Mam po prostu wrażenie, że jest tu jakaś… dziwna aura.
Nabrałam więcej powietrza, próbując zrozumieć co może mieć na myśli.
- Najwyżej będziemy musiały uciekać – zażartowałam, podchodząc do towarzyszki i chwytając ją za nadgarstek.
Następnie splotłam nasze dłonie w jedność, głaszcząc jej wierzchnią część kciukiem. Odwzajemniła spojrzenie, które jasno dało mi znak, żeby wchodzić do środka. Zrobiłyśmy to bez większych roszczeń. W środku panował półmrok, a tylko nieliczne okna wpuszczały do środka światło. Było tutaj jednak bardzo ładnie, ołtarz i ozdoby wciąż pozostawały w nienaruszonym przez ludzi stanie. Jedynie czas wyrył na nich wieczne ślady.
   Stawiałyśmy stopy ostrożnie, przesuwając się coraz bardziej naprzód. Nagle jednak jedna z desek pękła, a zanim zdołałam podjąć odpowiednie kroki, poczułam jak spadam w dół. Razem ze mną spadała Kanako, lądując zaraz potem na mnie całym swoim ciężarem. Upadłam na coś twardego, jęcząc głośno, kiedy lot w końcu się zakończył.
- No to jednak nici z ucieczki – mruknęłam, szukając po omacku głowy dziewczyny.
Ciemność skutecznie odebrała mi możliwość obejrzenia otoczenia, a dziura nad nami była zdecydowanie większa niż mogłam się spodziewać. Miałam wrażenie, że większa część podłogi runęła, a my znajdujemy się w ciemnym i nieznanym miejscu.
Położyłam dłoń na talii dziewczyny, która poruszyła się niespokojnie na mnie. Usłyszałam również jak Czarnuszek wysuwa się spod niej i siada gdzieś obok.
- Nic ci nie jest? – zapytałam, podpierając się wolną ręką o zimne podłoże.

<Kanako?>

1246 słów = 249 pkt

środa, 9 czerwca 2021

OD Keyi CD Sitii [Quest Mędrzec-Włóczykij]

   Założyłam luźny kosmyk niesfornych włosów za ucho, rozglądając się dookoła siebie. Wciąż podążałam za Kandą, zmuszona w pełni ufać podejmowanym przez niego decyzjom. Odkąd wyszliśmy z wcześniejszego lokum nie odezwał się do mnie nawet słowem, ukrywając cały swój misterny plan. Wiedział, że nie mam wyboru i wykonam każde jego polecenie.
   Teraz znajdowaliśmy się pod białym, szykownym budynkiem. Tym samym, w którym zawitałyśmy z Sitią jako nieproszeni goście. To tam poznałyśmy niejaką Dagnę – właścicielkę wioski. Ludzie tutaj wydawali się być odcięci od świata zewnętrznego, zamknięci w bezpiecznej bańce. Sam ten fakt tworzył we mnie wiele rozmyślań, które sprowadzały się do jasnego przekazu. Niebezpieczeństwo, tym pachniała tutaj każda ulica.
- Po co tutaj przyszliśmy? – szepnęłam, kiedy nagle się zatrzymał.
Zrobiłam to samo co on, głośno wzdychając.
- Pomyśl sobie, że jesteś w pracy – jego ton głosu ciął powietrze, przekazując wiele negatywnego wydźwięku – Od kiedy zrobiłaś się taka gadatliwa, co? Po prostu rób to, co do ciebie należy.
Uchyliłam nieco usta, zaskoczona nagłym napływem tej wypowiedzi. Nawet na mnie nie spojrzał, a i tak mogłam wyczuć jak bardzo oschle jest nastawiony do mojej osoby. Dlaczego? Wcześniej tego nie okazywał i teraz zastanawiałam się, czy może powstrzymywał się z tym przy Sitii, czy może jestem tak bardzo irytująca. W przypadku pierwszej opcji, musiałby mieć ku temu jakiś powód.
   Nie siliłam się na odpowiedź, zostawiając jego słowa w umyśle. Wiedziałam, że będą mnie męczyć jeszcze przez długi czas. Miał jednak rację, ostatnio coś się zmieniło. Moje zachowanie odbiegało od tego zwyczajnego. Przyłapywałam się na coraz mocniejszej ekspresji uczuć, czy też dziwnej ekscytacji. Nie potrafiłam tego jednak połączyć z odpowiednią kropką, a następnie znaleźć przyczynę takiego zachowania. To się po prostu działo.
-Chodź – krótka, stanowcza komenda zaprosiła mnie do dalszego działania.
Nie czekałam długo, zostawiając teraz za mną dręczące myśli. To wszystko i tak nie miało znaczenia, nie po to moje życie istniało. Byłam jedynie marionetką.
Przeniosłam wzrok na barki mężczyzny, obserwując jak rozkopuje zarośnięte bluszczem okno. Wyraźnie było widać, że jest stare i dawno nikt tutaj nie przebywał. Znajdowaliśmy się w tylnej części budynku, gdzie nawet straż jak na razie nie dotarła. Patrzyłam, jak jego ręce docierają do drewnianej ramy, pokrytej ciemnym mchem. Miejsce było oświetlone jedynie przez latarnie w oddali, za naszymi plecami, więc widoczność była naprawdę ograniczona. Chłopak wydawał się jednak nie zwracać na to uwagi, tymczasem ja większość robiłam po omacku. Nie komentowałam jednak, ciągle mając w głowie jego poprzednio wypowiedziane słowa.
   Zwinne palce Kandy szybko poradziły sobie z zardzewiałym zamkiem. Wszystko co robił wydawało się niemal niesłyszalne, a o to zapewne mu chodziło. Nasza obecność miała nie istnieć. Zacisnęłam mocniej szczękę, kiedy tylko zauważyłam, że Yuu wkrada się do środka. Wsunął się niepostrzeżony, ginąc w odmętach ciemności. Wiedziałam, co mam robić, więc szybko powtórzyłam czyny poprzednika.
   Kiedy znalazłam się w środku, otoczona mrokiem i głuchą ciszą, przeszedł po moim ciele nieprzyjemny dreszcz. W umysł wkradło się zaniepokojenie, poruszając nawet słabe serce. Przeczucie podpowiadało, że nadchodzą kłopoty i nie wydarzy się nic przyjemnego. Skąd jednak mogło mi coś takiego podpowiadać? Bzdura.
- Słuchaj mnie teraz uważnie – poczułam chwyt na nadgarstku, a ciepło dłoni Kandy szybko rozeszło się wzdłuż dłoni – Musisz to zjeść. Pozwoli ci na zachowanie świadomości.
Wsunął mi w wewnętrzną część łapy mały przedmiot, przypominający cukierka. Nie mogłam jednak tego dostrzec, było zbyt ciemno. Jedyne co moje oczy rejestrowały to zamglone ruchy Kandy i nicość rozciągającą się jeszcze długo przede mną.
- Co mam robić? – jego dotyk zniknął, pozostawiając jedynie nieprzyjemne zimno.
- Idź wzdłuż, dojdziesz do pewnej dziury, gdzie musisz zejść w dół i skręcić w lewo – mówił szybko, zbyt szybko – Potem wyjdziesz do pomieszczenia, w którym przetrzymują potencjalnie zakażonych. Musisz udawać, że jesteś chora i bezwładna. Będziesz wiedziała co robić.
- Może lepiej mi to gdzieś zapisz… - mruknęłam, oblizując nerwowo suche wargi.
- To przez to, że tyle pijesz. – westchnął głośno, a ja ściągnęłam do siebie brwi w reakcji na jego słowa – Alkohol zabija szare komórki.
Nagle poczułam uderzenie w pomarszczone czoło i ciche prychnięcie. Kanda pstryknął w moje czoło, jakby miał mnie za coś upomnieć. Przez chwilę moje serce zadrżało, wołając ukryte już dawno uczucie, tak bardzo odległe i nieznajome.
- Po prostu wpasuj się w otoczenie, idź. – dłoń na ramieniu popchnęła mnie naprzód, a ja wydałam z siebie ciche jęknięcie.
- Pamiętaj, że masz ze sobą moją broń. – dodałam, szukając rękami czegoś do podparcia.
Tym czymś okazała się zimna, obślizgła ściana.
- Jeszcze jedno. – dodał, kiedy zdążyłam zrobić już kilka kroków – Macie czekać, nie rób nic. Po prostu czekaj.
Nie zdążyłam mu odpowiedzieć, na co miałam wielką ochotę. Chłopak zrobił kilka kroków po czym znów zostałam sam na sam z przerażającą ciszą. Westchnęłam, stwierdzając, że to jedyny odpowiedni komentarz jakim mogę obdarzyć tę sytuację.
   Samotność w takim miejscu powodowała dziwaczne doświadczenia. Umysł potrafił wariować, nawet jeśli oczy niczego nie dostrzegały. Zmysły uporczywie szukały czegoś, na czym mogą się skupić. Dlatego też każdy mój mięsień podostawał spięty, a moja postawa na pewno wyglądała komicznie. Czas przestał mieć dla mnie znaczenie, nie potrafiłam go określić czy policzyć. Czułam się jak w pułapce, do której sama się wpakowałam i nie mogę się wydostać nawet mimo tego, że mam szansę. Moim celem było tylko odnalezienie Sitii i szybkie opuszczenie tego dziwnego miejsca. Nie potrzebowałam Mędrca, nie jeśli mam trudzić się w takich warunkach. Istnieją przecież inne sposoby pozyskania informacji i tym samym odpowiedzi na dręczące pytania. Niekoniecznie musiało być to coś takiego, a jednak już tutaj byłam i nie było na dobrą sprawę odwrotu.
   Próbowałam jak najmocniej wysilić umysł i skupić się na otoczeniu. Robiłam staranne rozeznanie, bazując jedynie na dotyku i słuchu. Szłam dość niskim korytarzem, otoczonym przez mokre i brudne ściany. Nie było tutaj pająków, prawdopodobnie przez byt wysoką wilgoć. Nawet moje włosy powoli ją odczuwały, bo zaczęły delikatnie się podkręcać. Zauważyłam też, że na pewno ktoś to wybudował specjalnie, bo wymiary cały czas pozostawały takie same. Podejrzewałam, że mogą być tutaj stare korytarze, może nawet pomagały kiedyś ludziom w początkach Wielkiej Wojny. Poczułam przyjemne ukłucie zaciekawienia. Smród mokrego brudu przestał mi już przeszkadzać, a ubrudzone palce przyzwyczaiły się do obrzydliwej struktury.
   Przesuwałam się wprzód, próbując przypomnieć sobie instrukcje Kandy. Nadal nie wiedziałam czym jest jego plan, ani po co tak właściwie to wszystko robi. Ciekawiło mnie również, dlaczego tak bardzo zainteresowali się Sitią. Rozmyślając, dotarłam do dziwnego dołka. Poczułam go w ostatnim momencie, niemal w niego wlatując. Ciemność uniemożliwiała mi jednak dokładne rozeznanie podłogi. Mogłam jednak ocenić jej wielkość po omacku, co szybko zrobiłam. Nie znalazłam jej końca, więc najpewniej ciągnęła się daleko do przodu. Nie mogłam jednak ocenić jej głębokości, co wprawiło mnie w niemałe zakłopotanie. Jak miałam wejść do środka, co zgadzałoby się z poleceniem Kandy skoro nigdzie nie odnalazłam łagodnego zejścia, a po prostu prostą dziurę?
   Wokoło moich dłoni, opartych teraz o zimne podłoże pojawił się lekki przeciąg. Zimne powietrze muskało moją skórę, próbując zaprosić ją prosto we wnętrze paszczy mroku.
Wzięłam głęboki wdech, powoli nachylając głowę tak, aby znalazła się wewnątrz otchłani. Nasłuchiwałam, lecz zastałam jedynie ciszę przerywaną bardzo delikatnym powiewem wiatru. Na dole z pewnością coś było.
   Ustawiłam się tak, aby móc zawisnąć na krawędzi. Tak jak przypuszczałam, nie dotykałam potencjalnego podłoża stopami i rodziło to dość spory problem. Jak długo będę lecieć? Jak wyląduję skoro nie widzę na czym i za jaki czas? W najlepszym wypadku nic mi się nie stanie albo skręcę kostkę. W najgorszym – umrę.
   Wstrzymałam oddech, mocniej zaciskając coraz mocniej obolałe dłonie na ostrym betonie, aby następnie gwałtownie je otworzyć i wyruszyć w podróż w nieznane.
   Spadałam, a moje serce gwałtownie przyspieszyło pracę. Strach i dobrze mi już znane odrętwienie przejęło kontrolę nad moim ciałem. Mogłam się jedynie poddać temu, co mnie teraz czeka.
A to coś nadeszło dość szybko, bo z impetem wpadłam w wielki kubeł. Śmierdziało, okropnie wręcz. Odór natychmiast spowodował dodatkowe zawroty głowy. Ciało bolało, choć wylądowałam na czymś w miarę miękkim.
   Powoli uchyliłam powieki, łapiąc gwałtownie powietrze, zatrute jednocześnie śmierdzącym powietrzem. Panowała tutaj przytłumiona jasność, która pozwoliła mi ocenić, gdzie tak właściwie jestem.
- Zajebiście… - nie powstrzymałam się od cichego komentarza.
Znajdowałam się w wielkim kuble na śmieci, oczywiście właśnie leżałam na wielkiej stercie odpadów. Jak poparzona wynurzyłam się ze środka, zeskakując za metalowy pojemnik. Smród przeszył całe moje ciało i włosy. Jeśli to był ten jego genialny plan, to biorę w nim udział ostatni raz. Zdecydowanie mu tego nie przepuszczę.
Rozejrzałam się dookoła, oceniając szybko okolicę. Tunel był większy niż ten poprzedni i lepiej oświetlony. Na ziemistych ścianach znajdowały się palące pochodnie, źródło tutejszego światła. Wyglądało to co najmniej tajemniczo, bo przecież elektryczność była dostępna wszędzie i z pewnością tutaj również dałoby się ją podpiąć. Zastanawiało mnie również jak głęboko się znajduję, bo nawet kiedy spojrzałam w górę na miejsce skąd przybyłam – widziałam jedynie czerń.
   Zatkałam nos palcami, krzywiąc się na ciągle towarzyszący mi brzydki zapach. Zastanawiałam się, w którą stronę powinnam się udać. Mówił w lewo, ale ciężko mi było określić, która stroną właśnie taką będzie. Wybrałam więc tą, która wydawała mi się odpowiednia.
   Marsz okazał się utrudniony przez wilgotne błoto, które kleiło się uporczywie do moich podeszw. Przeklinałam co chwilę, marudząc pod nosem na zaistniałe warunki. Zdecydowanie odwykłam od takich wyzwać przy pracy.
* * *
   Przede mną ukazały się drzwi. Przede mną wciąż rozpościerał się tajemniczy tunel, ale nie byłam pewna, co zastanę na jego końcu. Kanda również nie zostawił mi dokładnych instrukcji, więc ciężko mi było określić, czy aby na pewno te drzwi będą tymi właściwymi. Postanowiłam jednak zaryzykować, tak czy inaczej nie miałam za bardzo innego wyjścia. Nie posiadałam dodatkowego zmysłu, który pomógłby mi wyczuć Sitię, czy w ogóle żywe istoty. Nie wiedziałam przez to, czy za drewnianymi drzwiami ktoś będzie, czy nie. Do tego moje nie uzbrojenie rodziło spory kłopot, bo co zrobię jeśli mnie złapią? Mimo, że teoretycznie o to właśnie chodziło.
   Wzięłam głęboki wdech, delikatnie naciskając na klamkę. Okazały się otwarte, więc powoli i ostrożnie uchylałam je coraz bardziej. Niemal od razu powitała mnie jasna strużka światła, które zdecydowanie należało już do elektrycznego.
   Wstrzymałam oddech, wkradając się najciszej jak potrafiłam do środka. Moje oczy dość szybko przyzwyczaiły się do nienaturalnej wręcz jasności. Wkroczyłam do białego, pustego pomieszczenia. Było malowane na czystą biel i przypominało zupełnie normalną biel. Nie nacieszyłam się tym widokiem zbyt długo, bo mój nadgarstek utknął w uścisku.
- Co tu robisz? – męski, znajomy głos wypełnił mój umysł.
Spojrzałam na oprawcę, którym był Kanda – ku mojej uldze. Przebrany w strój strażnika, posyłał mi gniewne spojrzenie.
- Czego chcesz? Nie tak kazałeś mi iść? – wyrwałam się spod niechcianego dotyku, przewracając oczami.
- Zjadłaś cukierek? – nie odpowiadał, do czego zdążyłam już przywyknąć.
Zrobiłam jednak duże oczy, zagryzając speszona dolną wargę i kiwając przecząco głową. Zrobiłam to pod jego nadzorem, otrzymując oczywiście słowną reprymendę.
- Przestań. To twoja wina – nadęłam obrażona policzki.
- Zabiją ją. – te słowa sprawiły, że napięłam mięśnie – Nie będą czekać, jest im potrzebna.
Chciałam zadań kolejne, kotłujące się w umyśle pytania, ale powaga sytuacji szybko zadecydowała o podjęciu innych decyzji. Yuu po krótce wytłumaczył, gdzie idziemy i jak mam się zachowywać.
Najpierw zaprowadził mnie do pokoju, w którym zbadała mnie pewna kobieta, używając do tego tajemniczego urządzenia. Zrobiła mi również bolesny zastrzyk w obojczyk, co naprawdę nie należało do przyjemnych rzeczy. Kiedy tylko przeszłam kontrole, Kanda zaprowadził mnie do łazienki, gdzie kazał wejść do sieci górnych elewacji. Wcześniej ubrałam ciasny kombinezon, rażąco biały jak pozostałe wystroje tego dziwnego miejsca.
   Pod sufitem znajdowały się ciasne i przerażające kanały, które miały robić za wentylację. Coś takiego w ogóle było potrzebne skoro byłam po ziemią? W jaki sposób ktoś to w ogóle zrobił? Te pytania towarzyszyły mi, kiedy przesuwałam się na brzuchu wzdłuż zimnego metalu. W dłoniach, przed oczami trzymałam mapkę i śledziłam czerwoną linię, którą miałam się poruszać. Gonił mnie czas, o którym uporczywie przypominał mi zegarek na prawym nadgarstku. Nosiłam go na odwrót, bo było mi tak po prostu wygodniej.
Dotarłam na miejsce docelowe dość szybko, znajdując się centralnie nad siatkowanym otworem.
- Może sama opowiesz nam coś więcej o swojej mocy? – męski, cierpki głos rozległ się echem wokół mnie.
- Przecież w takim stanie to ci nawet słowa nie wyduka… - jęknęła kobieta, która okazała mi się znajoma.
Była to Dagna we własnej osobie, stojąc teraz zaraz pod klatką, na której leżałam. Nie mogłam jednak zobaczyć nikogo poza nią, co uniemożliwiało mi szybkie podjęcie ataku, bo taki w tej całej sprawie był zamiar. Musiałam jednak radzić sobie bez broni, bo Kanda miał na to inne, niewyjaśnione mi plany.
- Dalej się nie przemieniła – głos nieznajomego przybrał ostrzejszego wydźwięku – Jesteś pewna, że jest Inna?
- Wątpisz w moje umiejętności? – odwróciła ciało w stronę domniemanego rozmówcy, dając mi tym jasny znak, gdzie znajdują się nieznajomy – Czuję jej smród, może po prostu się wstydzi?
Naprzeciwko niej dobył się cichy jęk, wymieszany z cwaniackim śmiechem. I teraz byłam już pewna, gdzie cała trójka się znajdowała. Nie miałam tylko pewności, czy ich liczba aby na pewno tyle wynosi.
- Widzę, że nasza księżniczka ma jeszcze sporo siły… - w głosie Dagny czuć było niezadowolenie i irytację – Chciałam to skończyć szybko, ale jeszcze trochę się pobawimy.
Śmiech, przerażający i mrożący krew w żyłach rozległ się po całym pomieszczeniu. Zacisnęłam mocniej zęby, obserwując, jak na chwilę wychodzi z mojego pola widzenia, aby zaraz wrócić z nowym narzędziem w dłoni – nożyczkami. Nie wyglądały jednak na te zwyczajne, codziennego użytku. Przypominały takie, którymi strzyże się owce, a to nie zapowiadało niczego dobrego.
- Współpracuj maleńka. – kobieta ciągnęła zabawę – Pokaż nam prawdziwą twarz, a pozwolę ci szybko umrzeć.
Nachyliła się tak, że widziałam jedynie jej plecy i łydki. Kiedy się nachyliła usłyszałam splunięcie, a następnie potężny plask. Dostała w twarz, a Dagna zdecydowanie należała do wyrafinowanych sadystów. Postanowiłam działać, dłuższe zwlekanie niewiele mi mogło dać.
Znalazłam zakładkę, którą uniosłam, aby dostać się do środka. Powoli, cicho uniosłam wieko, umożliwiając wkradnięcie się do środka. Potem wszystko wydarzyło się bardzo szybko i nie do końca tak, jak zaplanowałam zanim jeszcze się wślizgnęłam do pomieszczenia.
Zeskoczyłam tak, że momentalnie znalazłam się przy Dagnie, a raczej po prostu na niej wylądowałam. Przygniotłam ją własnym ciężarem ciała, chwytając za ramię tak, aby bark wyskoczył z właściwego miejsca.
- Intruz! – męski głos rozległ się jednak szybciej i już po chwili nadeszło uderzenie z mojej prawej.
Pokój był większy niż się spodziewałam. Sitia siedziała po mojej lewej, przywiązana do krzesła i w wyraźnie złym stanie. Nie miałam jednak czasu na dokładne oglądanie otoczenia, musiałam uskoczyć, aby uchylić się przed ciosem.
Odskoczyłam do tyłu, tak, że znalazłam się centralnie przed Sitią, która ciężko oddychała. Nic nie mówiła, wręcz w żaden sposób nie zaregowałam. Ściągnęłam brwi do siebie, oczekując dalszego rozwoju sytuacji. Nastał chwilowy zastój, dzięki któremu Dagna uniosła się na nogi, ale ja zyskałam analizę ich postaci. On – potężny i dobrze zbudowany, ubrany w granatowy garnitur marszczył gniewnie brwi. Wyglądał na takiego, który nie cofnie się przed wypowiedzianymi słowami ani zdeklarowanymi obietnicami. Miał jasne, blond włosy i pełno tatuaży. Ona za to wyglądała przy nim na zdecydowanie mniejszą, mimo, że przecież była wyższa ode mnie. Powoli otrzepała swoje ubranie z brudu i założyła dłonie na biodrach.
- Przyszła i jej przyjaciółeczka. – mruknęła, wyraźnie niezadowolona – Zabij obie.
- Dzisiaj ma przyjechać ten idiota. – zacisnęłam mocniej szczękę, obserwując jak dwójka niczym niewzruszona prowadzi swoją konwersację – Nie lepiej poczekać i potem się trochę bardziej z nimi zabawić?
- Rób co mówię – warknęła, spoglądając w moją stronę.
Ja za to czułam rosnący gniew spowodowany ich jawną ignorancją. Nie doceniali mojej siły, po prostu kontynuując luźną pogawędkę. Irytowało mnie również to, że właściwie mieli rację – byłam teraz słaba. Nienawidziłam tego stanu, w którym jedynie mogłam poddać się atakującego i odpierać jego ataki. Nie miałam teraz jednak broni, a mężczyzna był naprawdę sporym wyrostkiem.
Nie mogłam jednak pozwolić na dalsze znieważenie. Walka to nie tylko siła, liczy się coś więcej. Ruszyłam więc na oprawcę, atakując go spod lewego ramienia. Jak na wielkiego gościa ruszał się bardzo zwinnie, a nasza wymiana ciosów nie przynosiła nikomu korzyści. Dagna gdzieś znikła, a ja nawet nie zarejestrowałam jej zniknięcia.
- Nie masz po co się trudzić. – zaśmiał się, kiedy odleciałam do tyłu i dystans między nami się zwiększył – Ona i tak jest już martwa. Ma w sobie truciznę, będzie ją wyżerała powoli, ale do skutku. Za to ty… Dobrze się ruszasz, może chciałabyś…
Nie dałam mu dokończyć, rozwścieczona jego luźnymi słowami. Naparłam natychmiast, niesiona negatywnymi emocjami. Moje pięści waliły coraz mocniej, wydobywając z mięśni coraz większą moc. Dopiero się rozkręcałam, czułam to. Krew buzowała w mojej głowie, a każde odparte uderzenie napawało mnie ekscytacją. Niestety nadal odczuwałam ból starych ran, niektóre zresztą wcale nie zasklepiły się tak, jak powinny. Miałam to gdzieś z tyłu głowy, ale ignorowałam narastający ból. Musiałam wygrać, porażka nie wchodziła w grę.
   Wykonałam zamaszyste kopnięcie w głowę, które przyjął na przedramię, głupkowato się przy tym uśmiechając. Zmyłka jednak zadziałała, bo wykorzystałam jego chwyt, aby odbić się drugą nogą od ziemi i wbić piętę między jego oczy. Uwolniłam się, lądując na podłodze i ciężko dysząc, wykrzywiłam usta w zmęczonym uśmiechu. Na jego czole pojawiła się stróżka krwi, którą przysłonił dłonią, która również zaczęła się moczyć od karmazynowej cieczy.
- Suko – warknął, odzyskując powoli świadomość – złamałaś mi nos!
- Woof woof. – wydyszałam, wycierając krople krwi z przeciętej wargi.
Kątem oka spojrzałam na zakrwawioną i wciąż półprzytomną Sitię. Dla niej czas grał na niekorzyść, każda sekunda zabierała ją do tamtego świata. Nie miałam pewności, czy trucizna jest kłamstwem, a wolałam to brać jako prawdę. Z każdą chwilą dziewczyna wyglądała gorzej, a nasza walka stanęła w miejscu. Ktoś z nas musiał odpuścić, albo wykorzystać pokłady wytrzymałości, ale na razie wcale się na to nie zanosiło.
   Znów ruszyłam na niego, uporczywie chcąc w końcu zakończyć ten pojedynek. Nic się jednak nie zmieniło, ciągle wykonywaliśmy podobne sekwencje ruchów, nie wprowadzając w ten pojedynek żadnego rozwiązania. Niespodziewanie jednak zmienił swój styl, wprowadzając jeden niesamowicie silny cios, który odrzucił mnie na ścianę za związaną pośrodku pomieszczenia dziewczynę. Palący ból rozszedł się po klatce piersiowej, a ja bezwiednie upadłam na podłogę. Klęłam w myślach, nie mogąc odzyskać pełnej władzy nad ciałem. Wzrok zaszedł mgłą i tylko słyszałam jak do mnie podchodzi. Złapał mnie za szyję, zaciskając dłoń wokół i powodując, że w szybkim tempie traciłam dostęp do życiodajnego powietrza. Patrzyłam zza jego ramienia na Sitię, próbując wyswobodzić się z tego śmiercionośnego uścisku.
   Nagle w jego gardle pojawiło się ostrze. Nie było ono zwyczajne – jasno świeciło, pokazując swoje piękne runy. Pokryło się natychmiast świeżą krwią, a ja powoli mogłam uciec od wielkiej łapy mężczyzny. Jego oczy szeroko i nienaturalnie się otworzyły, a krew zaczęła wypływać również przez jego usta. Nie było dla niego ratunku, padł zaraz obok mnie, ostatni raz wydychając powietrze.
- Co ty wyprawiasz! – kobiecy głos pojawił się zaraz obok, a otępiały wzrok odgadnął sylwetkę Dagny, która potrząsała martwym już mężczyzną.
- Co wyście narobili? – męski, odległy, a jednocześnie tak ciepły dla mojego serca głos szybko sprawił, że oprzytomniałam.
Przeniosłam wzrok na dziurę w ścianie, przypominającą ukryte przejście w ścianie. W niej stał mężczyzna o rudych włosach, odziany w ciemny, elegancki mundur z peleryną, która z kolei przypięta została przez dużą broszkę o niebieskim, współgrającym z oczami kolorem. Poważny, miażdżący wręcz wyraz twarzy i potępiający wzrok spowodowały we mnie nieprzyjemny dreszcz, spotęgowany kiedy tylko mężczyzna spojrzał w moją stronę.
- Zabiłeś go… - kątem oka obserwowałam jej wstrząśniętą sylwetkę.
Rudowłosy nie odpowiedział. Przeszedł nieco w przód, spoglądając bystrym wzrokiem na półprzytomną białowłosą.
- Co im podajecie? – warknął, wyraźnie niezadowolony.
- Truciznę.
- To wiem. Podaj nazwę. – był rozwścieczony, a ściągnięte ku sobie brwi jedynie potęgowały to odczucie.
- Używamy ciemiężycy zielonej, ona…
Nie dokończyła, przestraszona widokiem Rudego, który stanął teraz centralnie przed nią. Sięgnął po miecz obok, wyciągając go z leżącego ciała i strzepując następnie z niego ciepłą jeszcze krew.
- Działałaś niezgodnie z naszymi wytycznymi. – mężczyzna zabrał głos, zaciskając mocniej pięść na rękojeści – Zostaniesz za to ukarana, a wioskę przejmie ktoś bardziej kompetentny.
Uniósł ostrze w górę, na co Dagna mocno się skuliła. Wyglądała teraz na wystraszoną, a cała jej wcześniejsza pewność siebie ulotniła się tak po prostu. Rudy wykonał zamach, na który kobieta wydała z siebie pisk. Zamiast jednak użyć ostrza, z którego znikły już złote runy – schował go do pochwy przy lewym udzie.
- Zabierz ją. – wydał polecenie, choć nie wiedziałam do kogo mógłby się tak zwrócić.
Szybko się jednak okazało, że z przejścia wyszła czarnowłosa kobieta, do której najwyraźniej to polecenie było skierowane, bo zrobiła co powiedział. Przyglądałam się jej posturze i mimice, ale nie odkryłam nic nadzwyczajnego. Ponura i przygnębiająca aura jaką ją otaczała była jedynym ciekawym elementem.
Zostaliśmy sami – ja, Sitia, Rudy i martwe ciało. Nie wiedziałam, jak zacząć rozmowę i czy w ogóle powinnam podejmować takie kroki. Milczałam więc, przyglądając się coraz wolniej opadającym ramionom białowłosej.
Zagryzłam mocniej zęby, zbierając się w sobie, aby wstać i do niej podejść. Zrobiłam to po chwili, kiedy tylko mój umysł przestał wirować od wcześniejszego uderzenia. Może nawet od szoku, jakim było spotkanie rodzonego brata, bo właśnie nim był rudowłosy.
- Weź ją i chodź za mną. – brzmiał oschle, przez co wstrzymałam na chwilę już i tak niespokojny oddech.
- Sam to zrób. – kucnęłam przed dziewczyną, obserwując nierówny oddech.
Dotknęłam palcami jej policzka, wycierając z jej warg świeżą krew. Miała mocno spierzchnięte usta, mimo, że były pokryte krwią. Jedno z jej oczu nie mogło się już naturalnie otworzyć, miała wielki siniak na powiecie i wokoło, a opuchlizna skutecznie uniemożliwiała jej uniesienie powiek. Całe jej ciało pokryte zostało siniakami, większymi lub mniejszymi. Wydawała się również nieobecna, nie reagowała w żaden sposób na mój dotyk czy słowa.
- Odsuń się i nie przeszkadzaj. – warknął zaraz obok mojego ucha Duncan, przesuwając mnie dodatkowo ręką.
Nadęłam policzki, wykonując posłusznie jego polecenia. Powaga, którą mnie obdarzył nakazywała mi uważać na słowa. Nie bardzo wiedziałam, czego się po nim w tym momencie spodziewać. Obserwowałam w ciszy jak unosi Sitię, układając ją w swoich ramionach. Jej bezwładne ciało dopasowało się do jego ciała, a silne ręce chłopaka z łatwością zapewniły jej mocne oparcie. Jej głowa opadła na jego tors, a twarz skryły zbrudzone krwią włosy.
   Duncan ruszył naprzód, żwawo przekraczając kolejne pomieszczenia. Trzymałam się zaraz za nim, obserwując towarzyszącą mu katanę. Była niemal identyczna jak moja, ale różniło ją to, że miała białe zdobienia. Prawdopodobnie posiadała takie same zdolności jak moje, a wnioskowałam to po widocznych wcześniej runach. Nigdy wcześniej nie miałam okazji wymienić z nim takiej rozmowy, więc takie informacje i tak bazowały jedynie na domysłach.
   Przechodziliśmy dalej, pokonując kręte korytarze i mijając zamknięte drzwi. Wciąż wszystko jawiło się bielą, kłującą po oczach i irytującą zmęczony umysł. Dążyliśmy jednak do wyjścia, do którego dotarliśmy niecałe kilka minut potem.
   Odetchnęłam, kiedy tylko poczułam świeże powietrze. Nocne niebo przysłonięte zostało burzowymi chmurami i jedynie rzadkie rozbłyski oświetlały niewidoczną ścieżkę przed nami. Potrzebowałam dłuższej chwili, zanim w ogóle przyzwyczaiłam się do ciemności. Duncan za to wydawał się niewzruszony, jego kroki ciągle pozostawały w jednym tonie.
Nagle chłopak się zatrzymał przez co wpadłam w jego plecy. Nie zwrócił jednak na mnie uwagi, mówiąc do człowieka przed sobą.
- Zabijcie wszystkich. – rudowłosy nie żartował, jego ton głosu był twardy – Dagna ma trafić przed Sąd Najwyższy. Załóżcie jej obroże i ciągle ktoś ma jej pilnować.
Zaciekawiona, wychyliłam się nieco zza jego ramienia. Ogarnęłam wzrokiem stojących przed sobą ludzi, miętoląc nerwowo wargi. Była tutaj spora grupka osób. Każdy schowany był za czarną peleryną, skrywając twarz za obszernym kapturem. Ich tożsamość pozostała mi niewiadoma.
- Pamiętaj, że musimy się spieszyć… - szepnęłam, ciągnąć go za materiał na ramieniu – Ciemiężyca doprowadzi ją do śmierci, jeśli…
- Tina, podejdź tutaj. – rozkazał, ignorując moją sugestię.
Zamiast tego zawołał tajemniczą dziewczynę, która kiedy tylko podeszła – uklęknęła na jedno kolano. Kim stał się Duncan? Zachichotałam, widząc to zjawisko, ale zaraz potem odchrząknęłam. Speszył mnie jego przeszywający wzrok, upominając jednocześnie moje zmysły.
- Jedź z nimi do najbliższego Zgromadzenia. Tam opatrz ich rany i wróć do reszty, raport zdasz mi kiedy tylko wrócisz. Zrozumiano?
- Tak – krótka odpowiedź i mocniejsze zaciśnięcie jej dłoni potwierdzały obawę przed osobą Duncana.
Zwęziłam usta w wąską linię, obserwując całe to zdarzenie z pewną dozą niepewności. Co prawda nie spotkałam go pierwszy raz, bo to nasze trzecie spotkanie. Ostatnim razem złożył mi propozycję, która wciąż pozostawała bez odpowiedzi. Wcześniej nasze spotkanie po latach odbyło się w bardzo chaotyczny sposób i ciężko mi byłoby teraz stwierdzić, co właściwie siedzi mu w głowie. Nadal nie określiłam po której stronie stoję, ani nawet kim dla mnie jest jego osoba. Zagrożenie czy szansa na nowe możliwości? To dopiero miało się okazać.
   Mężczyzna przekazał półprzytomną dziewczynę w ręce Tiny, która pomaszerowała szybkim krokiem w stronę stojących nieopodal samochodów. Kiedy miałam ruszyć za nimi, zatrzymała mnie dłoń na ramieniu, zmuszająca do pozostania na miejscu.
- Ignorowałeś mnie. – wydęłam dolną wargę, odwracając wzrok od jego twarzy.
- Jestem w pracy, moi ludzie są niebezpieczni. Wystarczy chwila nieuwagi i może dojść do czegoś… niebezpiecznego.
Westchnęłam, przewracając oczami.
- Porozmawiamy na osobności, kiedy tylko uporam się z mieszkańcami. – wypuścił mnie – Zajmij się Sitią i czekajcie na mnie. Tina jest niewolnikiem, więc zrobi cokolwiek jej rozkażesz.
Położył swoją dłoń na mojej głowie, łagodnie ją głaszcząc. Zawstydziłam się, przez co spuściłam wzrok w dół, zerkając na jego twarz jedynie ukradkiem.
- Rób co musisz – mruknęłam, wyswobadzając się spod jego dotyku i biegiem dołączając do już czekających na mnie towarzyszów.
* * *
- Trzymaj się. – odgarnęłam z czoła dziewczyny mokre od potu kosmyki, spoglądając na nią zatroskanym wzrokiem – Kiedy dojedziemy?
Ostatnie pytanie skierowałam do siedzącej za kierownicą Tiny, która nie odpowiedziała. Miałam wrażenie, że traktuje to zadanie jako przymus konieczny.
- Z to co słyszałam, potrafisz mówić. – nachyliłam się nieco bardziej do przodu, aby nasze spojrzenia spotkały się w lusterku – Odpowiedz.
- Generał nie wydał rozkazu dotyczącego naszej rozmowy. – dogryzła mi – Nie widzę sensu odpowiadania, skoro sama możesz to sprawdzić.
Nabrałam wdechu, zgrzytając przy tym zębami.
- Doprawdy? – warknęłam – To zaraz ci pomogę i nie będziesz musiała odpowiadać nikomu już nigdy.
Sztucznie się uśmiechnęłam, upewniając się, że na pewno to zobaczy. Z takiej pozycji wyrwał mnie dotyk Sitii, na który natychmiast zwróciłam wzrok, ignorując nieposłuszeństwo ochłapu. Dotykała mnie palcami dłoni, robiąc to jednak niemal niewidocznie. Wiedziałam, że jest zbyt słaba nawet na takie gesty.
- Zaraz dojdziemy… - szepnęłam, spoglądając na jej twarz.
Nadal miała zamknięte oczy, ale jej usta próbowały coś powiedzieć. Była jednak zbyt słaba, aby komunikat mógł dotrzeć do moich uszu.
- Przepraszam, nie rozumiem… - jęknęłam, na co jej kąciki ust ułożyły się w niemy uśmiech.
Miałam ponownie coś dopowiedzieć, kiedy nagle rozległ się pisk opon, a auto zawirowało. W ciągu kilku sekund zatrzymaliśmy się na poboczu, a ja zdążyłam jedynie przytrzymać Sitię, aby nie wypadła z siedzenia.
- Jak ty kurwa jeździsz?! – krzyknęłam, otrząsając się z nagłego zaskoczenia – Masz ty w ogóle prawo jazdy?
- Zamknij się i patrz do tyłu. – rzuciła.
Zrobiłam to, ignorując jej niemiły ton i nieprzyzwoite słowa w stosunku do mnie. Spojrzałam w tył, dostrzegając jakąś sylwetkę, kierującą się prosto na nas.
- Idź i z nim walcz! Na co czekasz? – zwróciłam się do Tiny, która prychnęła.
- Nie wydano mi takiego roz…
- Dla własnego dobra lepiej rób to, co ci mówię. – obserwowałam coraz szybciej zbliżającą się postać.
Słyszałam jak zgrzyta niezadowolona zębami, a jej palce mocniej zaciskają się na kierownicy. Nie zdążyła jednak podjąć jakiegokolwiek czynu, bo drzwi od pasażera gwałtownie się otworzyły.
- Chciałyście mnie zabić?! – wrzask znajomego głosu natychmiast przypomniał mi o pewnej osobie.
- Zostaw go! – krzyknęłam, kiedy Tina w momencie chciała ruszyć na intruza – Odpalaj auto i jedźmy dalej.
Mężczyzna nie czekał na zaproszenie, wbijając na siedzenie pasażera. Zdezorientowana Tina robiła to, co kazałam, posłusznie wracając autem na drogę.
- Gdzie ten rudy debil? – Kanda założył gniewnie ręce na piersiach, głośno wypuszczając powietrze.
Na jego udach spoczęła moja katana, schowana nadal w pochwie.
- Oddaj mi. – chciałam po nią sięgnąć, ale odepchnął moją dłoń i prychnął.
- Co wy tam robiliście? – kontynuował, ignorując mnie –Przez jego wtargnięcie, potencjalny Mędrzec zwiał.
- Ktoś taki ma powody, żeby uciekać? – zdziwiłam się, zerkając na Sitię, której teraz taka osoba bardzo by się przydała.
- Jak zwykle zaskakujesz bystrością – zaśmiał się uszczypliwie, na co wystawiłam mu język.
* * *
   Obserwowałam jak Tina zajmuje się Sitią, dokładnie analizując każdy ruch jaki wykonuje. Dojechaliśmy kilkanaście minut temu i jak na razie zapowiadało się, że młoda dziewczyna z tego wyjdzie. Znajdowaliśmy się w opuszczonym budynku, budowanym w starym stylu. Wciąż można było tutaj wyczuć zapach starego drewna i poczuć tą charakterystyczną atmosferę.
- Duncan przyjedzie kiedy tylko skończy swoje sprawy – mruknęłam do stojącego obok mężczyny.
Kanda opierał się o ścianę, mając założone na siebie ręce. Jego mina nie wyrażała zbyt wielu emocji, wręcz przeciwnie. Wyglądał na kogoś, kto odciął się teraz od rzeczywistości. Potwierdził odbiór moich słów skinieniem, a ja jedynie westchnęłam. Nadal nie oddał mi broni, uparcie ją pilnując.
   Nie było tutaj również nikogo prócz nas. Zastanawiałam się, dlaczego w takim razie Duncan nazwał to Zgromadzeniem, skoro cała mała wioska wyglądała na zapuszczoną i już dawno opuszczoną. Nie było tutaj nawet prądu i jedyne co dawało nam światło to księżyc, którego promienie wpadały przez specjalny otwór w suficie. Chmury tylko co jakiś czas go przysłaniały, mimo, że wcześniej był całkowicie skryty. Obok rosła wielka, kwitnąca Wiśnia, która zdecydowanie dodawała temu miejscu uroku.
- Ustabilizowałam jej stan – z zamyślenia wyrwała mnie Tina, zwracając się bezpośrednio do mnie.
Podeszłam bliżej, kucając zaraz obok leżącej na podłodze Sitii. Pod głową miała koszulkę Kandy, a jej twarz w końcu nabrała ładnych kolorów. Odetchnęłam, uśmiechając się do siebie.
- Ile zajmie jej dojście do pełnej sprawności? – zainteresowałam się, poprawiając jej imitację poduszki.
- Tydzień, może dwa. Dłużej, jeśli nie będę wykonywała z nią zabiegu co kilka godzin. – podsumowała.
Westchnęłam, spoglądając na w końcu spokojne unoszenie się jej klatki piersiowej.
Tina posiadała w sobie moc, która pozwala na oczyszczenie krwi. Cała sztuczka polegała na tym, że musiała najpierw naciąć swoje ciało, a następnie zrobić to samo drugiej osobie. Wtedy – dotykając wzajemnie swoich nacięć, czyli krwi mogła oczyścić organizm takiej osoby z wszelkich zanieczyszczeń.
   Prawdziwa moc uzdrawiająca. Do tego Tina nie odczuwała żadnych skutków ubocznych, a przynajmniej tak się zdeklarowała. Wspomniała jeszcze coś o tym, że ona również taką truciznę może komuś przekazać, więc mogło być w jej mocy wiele ciekawych zastosowań.
Nie miałam jednak czasu się nad tym rozwodzić, bo Sitia otworzyła zdrowsze oko i zakasłała. Natychmiast podałam jej wodę w butelce, unosząc najpierw głowę, a następnie ulewając w jej usta życiodajną ciecz. Uśmiechnęła się jedynie, na co odpowiedziałam skinieniem.
- Widzę, że przyprowadziliście ze sobą nieproszonego gościa – zza rogu pojawiła się sylwetka rudowłosego, który chwilę potem przystanął przy naszych osobach.
Sitia natychmiast zmierzyła go wzrokiem, na co ten tylko się zaśmiał. Zachowywał się całkowicie inaczej niż poprzednio, wydawał się wręcz przyjacielsko nastawiony.
- Zrobiłem to, co miałem zrobić. – mruknął Kanda, pozostając na swoim miejscu.
- No jeszcze nie do końca – zaśmiał się Duncan, kucając przy dziewczynie, naprzeciwko mnie – Musisz przynieść mi Mędrca, żywego.
- Nie przypominam sobie, żebym coś takiego obiecywał – odparł Kanda z prychnięciem.
- Nie dąsaj się, Staruszek o niczym się nie dowie – machnął dłonią, przykładając następnie jej wierzchnią część do czoła białowłosej – Jego czas i tak niedługo dobiegnie końca, a wtedy to ja będę pociągał za sznurki.
Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc o czym oni tak właściwie rozmawiają. Duncan widząc moje zastanowienie, uśmiechnął się szeroko, wzruszając przy tym ramionami.
- Moja oferta dalej jest aktualna. – przeniósł wzrok na Sitię, głaszcząc teraz jej policzek – Problem będzie tylko z nią. Porozmawiam z nią kiedy tylko się dobudzi.
- M-mów… - cichy głos dziewczyny wydobył się z niej niespodziewanie dla nas wszystkich.
- Musisz odpocząć. – zaprotestowałam, na co pokiwała przecząco głową.
Czułam, trzymając ją na kolanach, że jest silniejsza niż wcześniej Terapia Tiny naprawdę działała.
- Nazywam się Duncan Di Kamelott, jestem bratem Ketii i Generałem Armi Ludzkości – przedstawił się, siadając wygodniej na podłodze – Chciałbym zwerbować cię do moich ludzi. W końcu jesteś moją siostrzenicą.
Wyszczerzył szerzej zęby, wprowadzając nas obie w duży szok.
- Siostrzenicą? – mój głos brzmiał skrzecząco.
- Opowiem kiedyś, teraz nie jest na to odpowiedni moment. – machnął ręką, jakby to nic nie znaczyło – Teraz muszę znaleźć tego głupiego Mędrca. Pomożecie? Dostaniecie za to sowitą nagrodę.
Przełknęłam ślinę, marszcząc mocniej brwi.
- Nie musicie odpowiadać od razu. Odpocznijcie, tutaj jesteście bezpieczne – wstał, strzepując z kolan brud – Zostawiam z wami Tinę i Kandę. Muszę załatwić kilka ważnych spraw, wrócę jutro.
Pomachał na pożegnanie i po prostu ruszył do wyjścia. Nie zdążyłam zareagować, zbyt zaskoczona obrotem spraw.
- Jadę do miasta – rzucił czarnowłosy, ruszając w przeciwnym kierunku.
- Nigdzie się nie wybierasz – zaprotestowałam, odkładając delikatnie głowę dziewczyny na poprzednie miejsce – Ostatnim razem zdemolowałeś mój samochód, nie dam ci zepsuć jedynego środka transportu.
Podbiegłam do niego, łapiąc go za rękaw. Zatrzymał, się głośno wzdychając. Zamiast jednak odpowiedzieć w jakiś uszczypliwy sposób, podał mi do rąk katanę.
- Tina, będziesz prowadzić. To rozkaz.
Dziewczyna skinęła bez słowa głową, wyprzedzając mężczyznę. Ja za to stanęłam z otwartymi szeroko oczami, trzymając swoją broń w rękach. Odprowadziłam dwójkę wzrokiem, zaskoczona, że dziewczyna tak posłusznie za nim podążyła.
Zacisnęłam mocniej dłoń na orężu, wracając na miejsce obok niezdolnej do samodzielnego poruszania się dziewczyny.
- Zostawili nas z niczym… - jęknęłam, wysuwając nieznacznie ostrze z pochwy.
Metal odbił promienie księżyca, ukazując tym samym swoją nienaganną ostrość.
- Zostało nam tylko czekać i się nudzić… - mruknęłam – Jeśli dasz radę, powiedz mi – co oni ci zrobili? Czego chcieli?
Uśmiechnęłam się niemrawo, zwracając do dziewczyny. Miałam na myśli tamtą wioskę, o której nadal w sumie niewiele wiem. Nie miałam okazji spytać kogoś innego, a przecież to białowłosa dostała się tam pierwsza.

<Sitia?>

5433 słów = 1087 pkt